„CAFE POD MINOGĄ” Stefan Wiechecki – recenzja książki

8 stycznia 2017

6223-poskromienie_zlo-700x700Mówiąc o Stefanie Wiecheckim mamy zazwyczaj na myśli autora przed-i powojennych felietonów, opisujących drobne zdarzenia z życia „najwybitniejszych warszawskich mętów”. Tymczasem ten wyjątkowo źle traktowany przez współczesną mu krytykę pisarz był też autorem dwóch powieści – „Cafe pod Minogą” oraz „Maniuś Kitajec i jego ferajna”. Utarło się przekonanie, że są one gorsze od felietonów i stanowią jedynie nieudane szkice literackie, to jednak krzywdząca opinia. Obie stanowią bardzo ciekawe próby stworzenia powieści „knajackiej”, opisującej rzeczywistość z punktu widzenia nizin społecznych, ale bez brutalnej dosłowności, za to humorystycznie.

Koniec sierpnia 1939 roku. W restauracji II kategorii, nazywanej przez stałych bywalców „Cafe pod Minogą”, odbywają się zaręczyny wychowanicy właścicieli, Sabiny, traktowanej przez nich jak córka. Pogłoski o bliskim wybuchu wojny nie mącą dobrego humoru biesiadników, między którymi jest redaktor „Warszawskiego Expresu”, Andrzej Zagórski, przedsiębiorca pogrzebowy Celestyn Konfiteor i gość najniezwyklejszy, szofer amerykańskiego ambasadora, czarnoskóry Jumbo. Wesoła zabawa jest jakby próbą zaprzeczenia temu, co dzieje się na świecie, a co już nazajutrz uderzy w Polskę. Redaktor Zagórski i Władek, narzeczony Sabiny, wyruszają na front. Zagórski wraca po kapitulacji do Warszawy, po Władku ginie ślad. Redaktor angażuje się aktywnie w działania ruchu oporu, a wspiera go zaprzyjaźniona „ferajna” oraz ukrywający się przed okupantem Jumbo. Poza działalnością na rzecz kraju mają inny cel: odnaleźć pozostawioną przez ambasadora kasetkę ze złotymi dolarami. Niestety, w jego dawnej willi rezydoje teraz pewien volksdeutche. Przedsiębiorczy warszawiacy układają więc plan dostania się do środka przez „zbajerowanie” kucharki mężczyzny, panny Apolonii Karaluch, obiektu uczuć Jumby…

Stefan Wiechecki nie wymyślił swych bohaterów, a raczej – niezupełnie ich wymyślił. Prawie każda postać w tej książce miała swego odpowiednika wśród znajomych pisarza, będącego przed wojną sprawozdawcą sądowym. W tej liczbie znajduje się też Murzyn Jumbo Johnson, którego pierwowzorem był August Agbola O’Brown, który pod pseudonimem „Ali” służył w powstańczym batalionie „Iwo Ostoja”. Przed wojną handlował sprzętem elektrycznym, a do Polski przybył z Nigerii. W czasach, gdy segregacja rasowa w USA wciąż była czymś normalnym, w egzotycznej dla niego Polsce traktowano Augusta na tyle normalnie, że poczuł się naturalizowanym warszawiakiem i gotów był oddać życie za przybraną ojczyznę. Niech się wstydzą wszyscy rasiści.

Dzisiaj „Cafe pod Minogą” stałoby się pewnie celem ataków ludzi walczących z przejawami dyskryminacji rasowej. Ci niewątpliwie przeoczyliby fakt, że Jumbo traktowany jest przez swych warszawskich kolegów jako „jeden z ferajny”, a skupiliby się na tym, że nazywają go czasem „żłobem z samego środka puszczy”, „karakułowym łbem” czy wprost mówią na niego „Szuwaks”. Nie ma w tym nic złego, tak samo przezywają się nawzajem, taki styl panował wśród – nie oszukujmy się – mętów społecznych. Wiech opisuje swych bohaterów takimi, jakimi byli, nieco tylko wygładza ich brutalność i wykolejenie życiowe. Czytelnicy przecież mieli czuć do nich sympatię, nie odrazę. Zresztą wielu warszawskich cwaniaków walczyło w powstaniu i było członkami Ruchu Oporu, ich życie na granicy prawa (albo zgoła poza nią) nie wykluczało miłości do Polski, poczucia patriotyzmu, choć czasem pojmowanego w trochę wykoślawiony sposób. Wielu złodziejaszków i oszustów, nie stroniących od nożowych rozpraw w półświatku, nagle okazywało się bohaterami, bez wahania poświęcającymi życie dla ojczyzny.

Powieść Wiecha przedstawia jakby wycinek życia pod okupacją, różne przypadki i różnych ludzi, z którymi mają do czynienia bohaterowie – patriotów, volksdeutchów, konfidentów i zwykłych ludzi, próbujących jakoś przeżyć. Właściwym dla siebie językiem, a więc humorystycznie, opisuje rzeczy wcale niewesołe. Można mu zarzucić, że ukłonem w stronę ówczesnej władzy były postacie arystokracji: baronowej Kali von Buttenburg i hrabiego Augusta Trestki, ludzi egoistycznych, ciasnogłowych i pełnych uprzedzeń. Bądźmy jednak uczciwi – tacy się zdarzali, a ponadto baronowa miała wyraźnie niemieckie korzenie. Czegóż więc od niej wymagać? Za to hrabia Roger na Koziedubkach to postać wspaniała, trudno go nie lubić. Podobnie zresztą i inni bohaterowie książki, typowo warszawskie cwaniaczki z miejskich dzielnic nędzy, opisywane z wyraźną sympatią. Po wojnie Wiech miał nawet kłopoty przez taki wybór postaci literackich. Władze żądały od niego, by pisał raczej o robotnikach wyrabiających 300% normy czy świadomych klasowo rolnikach, ale pisarz pozostawał głuchy na te sugestie. Głównie dlatego po wojnie, jak i przed wojną, odmawiano mu nagród literackich, choć jego praca okazała się o wiele ważniejsza dla zachowania obrazu dawnej Warszawy niż nagradzane dzieła, o których nikt już dziś nie pamięta.

Warto sięgnąć po „Cafe pod Minogą”. To doskonała lektura, a na dodatek zostawia czytelnika w dobrym nastroju, choć nie wszystkie opisane w niej wydarzenia są – siłą rzeczy – wesołe. Warto też tu wspomnieć, ze powieść zekranizowano w 1959 roku, a choć nie była to ekranizacja udana, to zagrała w niej plejada dobrych, znanych aktorów. Większość już niestety nie żyje, a odtwarzający rolę Jumbo student Mokpopo Dravi zmarł 2014 roku.

Tytuł: „Cafe pod Minogą”

Autor: Stefan Wiechecki

Wydanie: rok 1950, wielokrotnie wznawiana

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *