HALO, HANS – czyli „Nie ze mną te numery”
Recenzje seriali / 6 października 2018

Polacy są znani w świecie z różnych rzeczy, gorszych i lepszych. Jedną z cech naszego na rodu jest umiejętność śmiechu wtedy, gdy powinniśmy raczej umierać z przerażenia i grozy. Polacy żartowali w najgorszych czasach i najgorszych miejscach – pod zaborami, za okupacji niemieckiej, w obozach koncentracyjnych czy katowniach UB. Pomagało nam to przetrwać i choć do pewnego zachować zdrowie psychiczne. Z tego, co już przeminęło,śmiać się oczywiście dużo łatwiej i czasami też ośmieszenie jest tu najlepszą bronią przeciw paranoi. Nie na darmo wkrótce po wojnie powstała przecież genialna komedia „Giuseppe w Warszawie” – nadziwić się nie można, że do tej pory nie przerobiono jej na serial telewizyjny, skoro mamy do czynienia z gotowcem. Próbowano natomiast sparodiować inny polski „skarb filmowy”.. Serial Polsatu „Halo, Hans” miał nawiązywać tytułem do „Allo, allo”, jednego z najlepszych sitcomów, jakie kiedykolwiek nakręcono, a treścią do „Stawki większą niż życie”. Pomysł znakomity, ogromny potencjał, dobrzy aktorzy… i całkowita klapa. Dlaczego? Prowincjonalne, bezimienne miasto, gdzieś w Generalnej Guberni. Rok tysiąc dziewięćset czterdziesty… któryś. Lokal rozrywkowy PARADYZ, prowadzony przez przedwojennego komika o bardzo niezręcznych personaliach „Adolf Kaput”. Z ich powodu obecny knajpiarz umiera ze strachu, że zostanie wylegitymowany przez SS. Nie ma przy tym pojęcia, że pod jego…