„LA STRADA” Federico Felliniego – recenzja
Recenzje filmów / 20 stycznia 2019

Istnieją filmy, które ogląda się z przyjemnością, ale zapomina się o nich zaraz po obejrzeniu. Ostatnio obserwujemy niedobry trend, zgodnie z którym sztuka filmowa ma być właśnie taka, czyli służyć chwilowej rozrywce. Spycha to na margines cały dział filmów artystycznych, które mają do przekazania coś więcej, coś, co kiedyś było filarem kinematografii. Do takich filmów niewątpliwie należy „La strada” Federico Felliniego, obraz niezwykły, z którym zapewne większość przytłaczająca większość „millenialsów” nie miała w ogóle styczności. Ci zaś, którzy przypadkiem kawałek widzieli, orzekli zapewne, że szkoda czasu na coś tak nudnego, na film czarno-biały, w którym nie ma superbohaterów, scen seksu ani efektów specjalnych. Tymczasem mamy do czynienia z prawdziwym arcydziełem, które mówi o życiu więcej niż całe tomy. Jarmarczny siłacz, Zampano, traci swoja długoletnią asystentkę, Rosę, która umiera wskutek nagłej choroby. Kupuje więc od jej rodziców, którym przekazuje żałobną wieść, siostrę zmarłej, Gelsominę. Młodziutka wieśniaczka jest wyraźnie opóźniona w rozwoju, zamknięta we własnym świecie, gdzie Rosa była prawdziwą, wielką artystką, a nie pomagierką wędrownego cyrkowca. Nic więc dziwnego, że możliwość zajęcia miejsca siostry stanowi w jej wyobraźni dar losu. Szybko okazuje się, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Domem dziewczyny staje się nędzny wóz na kółkach. Zampano okazuje się szorstki, brutalny…