„BARBARELLA” – recenzja filmu
Recenzje filmów / 24 lutego 2020

Są na tym świecie filmy, które kocha się nie tyle za ich zalety, ale – pomimo ich wad. Należą do nich takie perełki jak cała oryginalna seria „Star Treka” Gene’a Roddeneberry’ego, „Zakazana planeta” Freda Wilcoxa, „Labirynt” Jima Hensona czy „Barbarella” w reżyserii Rogera Vadima. Ten ostatni film spełnia na pozór wszelkie możliwe standardy, by zostać kiczem wszechczasów, ale… No właśnie. Kicz to pojęcie bardzo pojemne, a choć z samej definicji negatywne, to nie wszystko, co kiczowate, zaraz należy potępiać. Zdecydowanie nie zasługuje na to „Barbarella„, aktorska adaptacja komiksu Jean-Claude Foresta. Warto zauważyć, że była to pierwsza na świecie adaptacja komiksu dla potrzeb kina. Wcześniej ryzykowano coś takiego tylko w serialach telewizyjnych, takich jak „Batman”, „Flash Gordon” czy „Buck Rogers”. Można by rzec, że Roger Vadim przetarł szlak dla późniejszych filmów o superbohaterach, które dziś święcą triumfy. Bliżej nieokreślona, ale bardzo daleka przyszłość.  (z komiksu wiadomo, że chodzi o rok 40.000, choć w filmie ta liczba nie pada). Agentka kosmiczna Barbarella otrzymuje od Prezydenta Ziemi pilne zlecenie – ma odszukać zaginionego naukowca imieniem Duran Duran, wynalazcę działa pozytonowego. Prezydenta niepokoi fakt, że ktoś w ogóle ośmielił się skonstruować nowy rodzaj broni. Od wieków w dostępnym wszechświecie panuje pokój, a cały oręż został złożony w…