„NOCOWAŁA ONGI CHMURKA ZŁOTA”, Anatolij Pristawkin – recenzja
Recenzje Książek / 16 stycznia 2020

Są na tym świecie książki, po których przeczytaniu człowiek żałuje, że w ogóle wziął je do ręki. Nie zawsze jest to spowodowane żenującym poziomem lektury. Czasem po prostu świadomość, że nie da się zapomnieć tego, co się przeczytało, jest nie do zniesienia. Bez wątpienia do tego rodzaju książek należy powieść Anatolija Pristawkina „Nocowała ongi chmurka złota”. Jest ona tym bardziej straszna, że pisarz oparł fabułę na własnych doświadczeniach. Już na wstępie stanowczo odradzam czytanie jej osobom o większej wrażliwości. Nie będą mogli po niej spać. Rok 1944. Bliźniacy Sasza i Kola Kuźmionysze mają po jedenaście lat. Rodziny nie pamiętają. Ich domem jest sierociniec w Tumaline, koszmarne miejsce, gdzie młodociani bandyci terroryzują chłopców zbyt słabych, by z nimi walczyć. A trudno być silnym tam, gdzie za całe wyżywienie musi starczyć miska zupy, a raczej wody z rozgotowanymi obierkami ziemniaków. Wygłodzone dzieci jedzą świece, liście i wapno ze ścian, marząc o garści okruchów chleba. Bliźniacy są bardziej przedsiębiorczy, niż pozostałe sieroty, ale i im jest ciężko zdobyć coś do jedzenia. Kradną, oszukują, a nawet próbują zrobić podkop do magazynu z chlebem. Ich plan się nie udaje. Obawiając się surowej kary w razie wykrycia podkopu zgłaszają się na ochotnika do transportu w głąb ZSRR,…

„KAŻDA Z NAS BYŁA EWĄ” – Colleen C. Mitchell
Recenzje Książek / 10 listopada 2019

O tym, co znaczy bycie kobietą, powstało już multum książek. Kobiecość naświetlono już z każdej możliwej strony – naukowo, religijnie, i z punktu widzenia każdej możliwej ideologii. Można czasami zadumać się nad tym, czy naprawdę ludzkość nie ma większych problemów niż to, jak postrzegać rolę kobiety we współczesnym świecie. I jeszcze, czy naprawdę kobiety całego świata potrzebują, by wszyscy dookoła mówili im, jak mają czuć i co o sobie myśleć? Może nie. Jednak w dzisiejszym zalewie rozmaitych ideologii niejedna z nas czuje się po prostu zagubiona i chwilami nie wie już, w co ma wierzyć. Popularne seriale przekonują, że ma być wyzwolona, bezpruderyjna i pozbawiona wszelkich zahamowań. Że może zmieniać facetów jak rękawiczki, upijać się co noc po barach, a i tak wszyscy będą ją kochać. Ze powinna bawić się całe dnie i mimochodem robić karierę (nawet gdy nie ma po temu żadnych kwalifikacji), oczarowując wszystkich dekoltem i kuszącymi spojrzeniami. Reklamy i kolorowe pisemka dodają, że ma też być zawsze piękna, szczupła, młoda, elegancka i uśmiechnięta. Najlepiej też bogata z domu, ale jeśli nie jest, pieniądze może zdobyć, wykorzystując bez skrupułów zakochanych w niej mężczyzn. po to przecież jest piękna, kusząca i tak dalej. A gdzie w tym wszystkim prawdziwa…

„CROPELKI”, Justyna Maria Philipp – recenzja
Recenzje Książek / 27 lipca 2019

Muzyka jest czymś prawdziwie magicznym. Towarzyszy ludzkości od czasów niepamiętnych. Wspominają o niej najstarsze zapiski wszystkich narodów, a większość z nas nie wyobraża sobie bez niej życia. Mam tu na myśli nie tylko popularne melodie, pisane do piosenek z list przebojów. Muzyka klasyczna nie skończyła się przecież na Bachu ani na Chopinie. Mało który telewidz czy kinoman zdaje sobie sprawę z tego, że podkłady muzyczne do hitowych produkcji komponują artyści bliżsi duchowo Mozartowi niż Davidowi Bowie (nie ubliżając temu ostatniemu). A ilu jest takich, którzy działają niejako na obrzeżach tego ogromnego biznesu, są mniej znani ogółowi, choć jak najbardziej warci poznania? Połóżcie rękę na sercu, ilu z Was, drodzy czytelnicy, słyszało o kompozytorze imieniem Piotr Lachert? W 1961 roku młody muzyk ukończył Państwową Wyższą Szkołę Muzyczną w Warszawie i ruszył na podbój świata. Dlaczego nie podbój własnego kraju? Cóż, to bywa dużo trudniejsze. Wyższa Szkoła Muzyczna w Hanowerze przyjęła Piotra z otwartymi ramionami. Wreszcie mógł rozwinąć swój talent i pokazać, na co go stać. A stać go było na bardzo wiele… Jest rzeczą niezmiernie smutną, że polski kompozytor, który został doceniony przez inne kraje, czasem nawet niechętne Polsce (zatem przynajmniej teoretycznie musiał tam mieć „pod górkę”), w swojej ojczyźnie prawdopodobnie klepałby…

„W MATNI” – Emil Zola, recenzja
Recenzje Książek / 12 lipca 2019

Naturalizm to nurt w literaturze, mający ambicję przedstawiania ludziom świata takim, jaki jest, bez żadnych upiększeń. Jednym z najwybitniejszych przedstawicieli naturalizmu był Emil Zola, którego saga, „Historia Rougon Macqaurtów„, pokazuje najgorsze z ludzkich tragedii i zwyrodnień. Motywem przewodnim jest historia jednej rodziny, na której przykładzie autor próbuje udowodnić wpływ dziedziczenia na ludzkie zachowanie. Terminu „genetyka” jeszcze wtedy nie było, ale obserwacje lekarzy potwierdzały, że coś takiego jak alkoholizm czy słabość charakteru może przechodzić z ojca na syna. Zola był tak zafascynowany tą zależnością, że poświęcił całe dwadzieścia tomów, by jak najdokładniej ją przeanalizować. Chyba najbardziej przykrą w odbiorze z całego cyklu jest książka „W matni„, której lekturę co wrażliwszym ludziom szczerze odradzam. Gerwazyna Macquarte wyjeżdża z rodzinnego miasteczka w towarzystwie kochanka, egoistycznego lekkoducha Augusta Lantier oraz ich dwóch małych synków. Wkrótce po zamieszkaniu w Paryżu mężczyzna zaczyna ją zdradzać, a w końcu okrada i porzuca dla innej kobiety. Młoda matka nie poddaje się rozpaczy. Znajduje pracę jako praczka, dzięki czemu może utrzymać siebie i dzieci. Po jakimś czasie wychodzi za mąż za uczciwego, spokojnego robotnika o nazwisku Coupeau. Jest dla niego dobrą żoną, opiekuje się też dzielnie jego matką. Wkrótce rodzi też trzecie dziecko, córkę o imieniu Nana, a dzięki…

„ŻYCIE WŚRÓD DZIKUSÓW” Shirley Jackson – recenzja
Recenzje Książek / 7 marca 2019

Nie przepadam za autobiografiami, pamiętnikami, dziennikami. Najczęściej mam wrażenie, że czytam panegiryk napisany samemu sobie albo też to, co autor chciałby, żeby się wydarzyło. Wiarygodność tych książek bywa doprawdy wątpliwa, podobnie jak często ich wartość literacka. Z rzadka się zdarza, by w związku z tym lektura czyichś wspomnień wzbudziła we mnie zainteresowanie. Bywają jednak wyjątki. Chciałoby się rzec, że chwalebne. Jednym z nich jest książka Shirley Jackson („Nawiedzony dom na wzgórzu”) „Życie wśród dzikusów„. Doprawdy, dawno się tak nie bawiłam, jak podczas tej lektury. Shirley urodziła pół roku temu drugie dziecko. Zajęta obowiązkami matki, mężem oraz domem z trudem znajduje czas na pisanie i często zapomina o całym świecie. Wizyta właściciela kamienicy zaskakuje małżonków. Okazuje się, że zapomnieli o przedłużeniu umowy, co zostało potraktowane jako jej wypowiedzenie. Rodzina musi szybko znaleźć sobie nowe lokum, co dla pary z dwojgiem małych dzieci, plus dwa koty i pies, nie jest wcale łatwe. Poszukiwania prowadzą ich do małego miasteczka w Vermont, gdzie mieszkają ich przyjaciele i ogólne warunki mają być lepsze niż w Nowem Yorku. Po początkowym nieporozumieniu z właścicielką agencji nieruchomości udaje się im wreszcie wynająć dom od pewnego starego człowieka nazwiskiem Fielding, który poprzestaje na śmiesznie małym czynszu i nie ma…

PRZYGODA Z MARY POPPINS
Artykuły , Recenzje Książek / 13 lutego 2019

Niania była kiedyś uważana nie tyle za człowieka, co za pożyteczny mebel domowy. Właściwie nie zauważano jej istnienia, jeśli akurat nie potrzebowano jej usług. A gdy przestała być potrzebna, żegnano się z nią bez żalu. Czasami, w niektórych rodzinach, bywała „niania wielopokoleniowa”, ale choć mogła mieć złudzenie, że jej pozycja jest dzięki temu wyższa, wcale tak nie było. Za lada pretekstem mogła zostać wydalona ze służby i liczba lat, które poświęciła na wychowanie cudzych dzieci, nie miała żadnego znaczenia. Pierwszą kobietą w literaturze, która w tej roli wzniosła się ponad poziom źle opłacanej niewolnicy, była niewątpliwie Mary Poppins. Książki o tej nietypowej niani wyprzedziły seriale typu „Pomoc domowa” i filmy takie jak „Niania McPhee” (który zresztą jest ordynarną zrzynką właśnie z „Mary Poppins”). Już od kilku pokoleń książki Pameli Lyndon Travers stanowią obowiązkową lekturę niedorosłych dziewczynek. Lekturę bardzo chętnie czytaną, dodajmy. Bo kto by nie lubił tajemniczej, obdarzonej cudownymi zdolnościami panny Poppins? Cóż, szczerze mówiąc – ja. Uwielbiając książki o jej poczynaniach, samej Mary nie cierpiałam serdecznie. I nie bez powodu. Państwo Banks mieszkają przy ulicy Czereśniowej 17 w Londynie, w podniszczonym, lecz starannie utrzymanym domu. Stanowią dość typowe, średniozamożne małżeństwo epoki wiktoriańskiej, usiłujące sprawiać wrażenie, że stać je na…

Sabotaż Karola Dickensa
Bez kategorii , Recenzje Książek / 22 września 2018

Nie ma chyba w zachodnim świecie nikogo, kto choć raz nie zetknąłby się z książką Charlesa Dickensa. Nowe wydania jego książek to pewny zarobek, nic więc dziwnego, że spółka Hachette postanowiła sięgnąć do kieszeni Polaków, spragnionych dobrej, klasycznej lektury.  Nakładem tej spółki zaczął ukazywać się cykl, mający umożliwić każdemu bibliofilowi  skompletowanie dzieł wszystkich Dickensa. Zadbano o przepiękną oprawę i ozdobiono każdy tom przedrukiem  oryginalnej dziewiętnastowiecznej grafiki. To poważne plusy. Niestety, jak to bywa w matematyce, plus się z minusem znosi i zostaje w najlepszym wypadku zero. I nie chodzi mi tu tylko o cenę pojedynczego tomu, poza promocją docelowo sięgającą kilkudziesięciu złotych za całość danego dzieła, podzielonego sprytnie na tomiki. Choć to też ma swoją wagę, bo mało kogo dziś stać – kolejne numery wychodzą co dwa tygodnie – na wydawanie przez dłuższy, może kilkuletni czas, po sześćdziesiąt złotych miesięcznie na książki. Bardzo poważnym minusem nowego wydania jest zubożenie oryginalnego tekstu o treść. Celem skrócenia tekstu, a zatem obcięcia kosztów druku, pewne rzeczy zlekceważono w tłumaczeniu – kwestie może nieistotne z punktu widzenia   przesłania tekstu, ale będące tak czy siak słowami autora, które pominięto. Skupię się tu może na grzechach tomu pierwszego, gdyż zapoznawszy się z nim, mimo wspaniałej szaty graficznej całości…

ZABÓJCA UMARŁYCH – Tanith Lee
Recenzje Książek / 18 września 2018

Napisać coś nowego o duchach jest bardzo trudno. Temat jest wyeksploatowany do granic możliwości przez setki pisarzy, nie mówiąc już o filmowcach, którzy z upodobaniem straszą ludzi od dziesiątek lat. A jednak można dać czytelnikom coś, co nie zawodzi nocą w ruinach i nie brzęczy złowrogo łańcuchami. Postarała się o to australijska pisarka, Tanith Lee. W swojej książce “Zabójca umarłych” przedstawiła historię inną niż wszystkie. Do małej wioski przybywa tajemniczy, ponury mężczyzna. Interesuje go samotna wieża poza wsią, gdzie mieszka Ciddey Soban, uważająca się za spadkobierczynię właścicieli tych okolic. Nie jest całkiem sama – razem z nią przebywa duch jej siostry Cilny. Przybysz to Parl Dro, zwany “zabójcą umarłych”. Od dawna krążą o nim legendy. Specjalizuje się w uwalnianiu ludzi od niepożądanego towarzystwa tych, którzy nie chcą przyjąć do wiadomości faktu własnej śmierci. Tym razem zwabiła go dziwna aura wokół starej wieży. Wieśniacy, choć niechętni wobec obcego,  dość skwapliwie opowiadają mu o historii obu sióstr. Nikt go nie prosi o pomoc – w przeciwieństwie do wielu innych “żywomorów” Cilny Soban nikomu nie przeszkadza. Młody muzykant Myal wręcz jest przeciwny jakiemukolwiek działaniu przeciw siostrom. Mimo to Parl postanawia zniszczyć coś, co jeszcze łączy umarłą dziewczynę ze światem żywych. Prowokuje w ten sposób lawinę wydarzeń,…

„ZŁO-TO” – Pawel Famus, recenzja przedpremierowa

Podbój galaktyki – albo raczej jakiejś jej części – to wdzięczny temat dla pisarzy SF. Zazwyczaj Ziemię reprezentują wtedy bohaterowie o nazwiskach angloamerykańskich i działający amerykańskimi metodami. To znaczy: po pierwsze, drugie i trzecie, strzelaj. Po czwarte: gdy upewnisz się, że ten do kogo strzelałeś, nie żyje, możesz zadać kilka pytań. Wyjątek stanowią książki rosyjskie. Tak, nawet nasi pisarze, parający się fantastyką, operują nazwiskami i realiami z tamtej strony Żelaznej Kurtyny. Zupełnie tak, jakby w czasach przyszłych nadal panował dyktat USA we wszystkich dziedzinach życia. A gdyby tak podejść do sprawy nieco mniej szablonowo i wyrzucić z opowieści pojęcie amerykańskiego bohatera? Daleka przyszłość. Mimo katastrofy ziemskiej cywilizacji Polska nadal istnieje – tyle że w innym miejscu. Polacy zasiedlili spory kawałek przestrzeni kosmicznej, nadając planetom i układom drogie ich sercom nazwy. Nie poprzestali na samej kolonizacji. Nadal prowadzą badania, adaptując na swoje potrzeby zdobycze technologiczne tajemniczej, nie do końca poznanej rasy Obcych. Wedanie, mieszkający podobno po drugiej stronie galaktyki, raczej nie interesują się tym, do czego ludzie wykorzystują ich technologię, są jednak inni Obcy. Badający przestrzeń kosmiczną Polacy nie mają na celu wywoływania spięć, ale Imperium Sprzymierzonych jest w tej sprawie zupełnie innego zdania… „Zło-to” nie ustępuje swym poziomem wielu zachodnim…

„ACEDIA, DEMON POŁUDNIA” – Jean-Charles Nault
Recenzje Książek / 16 grudnia 2017

Choroby duszy są powszechniejsze, niż możemy na co dzień sądzić. Tradycyjna medycyna chińska wywodzi z nich większość, jeśli nie wszystkie choroby ciała. Co ciekawe, ten pogląd podziela dziś wielu zachodnich lekarzy, uważających, że stan psychiczny pacjenta ma kluczowe znaczenie dla przebiegu i leczenia poważnych chorób fizycznych. Czy słusznie wiąże się „spokój duszy” z religią? Książka „Demon południa” Jean-Charlesa Naulta odpowiada na to pytanie z punktu widzenia głęboko wierzącego chrześcijanina. Tak bardzo wierzącego, że uważa psychiatrię za niezdolną do rozwiązania problemów ludzi zmagających się z problemami chorób w typie depresji. Zamiast leków poleca modlitwę, ale czy słusznie? Nie żyjemy przecież w średniowieczu, kiedy to epileptyków uważano za opętanych i palono na stosie. Współczesna medycyna umie sobie poradzić z wieloma chorobami, nie uciekając się do wyjaśnień natury religijnej. Termin „acedia” oznacza stan umysłu, wywołany przez wyjątkowo podstępnego demona. Dzisiejsza psychiatria nadaje mu zupełnie inną nazwę – depresja – i zupełnie nie kojarzy z działalnością sił nieczystych. Autor „Demona południa” przedstawia różne postacie „choroby duszy” oraz metody walki z nią – a raczej z tytułowym demonem – za pomocą odpowiednich praktyk religijnych. Ma to zresztą korzenie w przekonaniach rodem ze świata antycznego, które przesiąkły później do wszystkich kultów świata. Prawdą jest, że u…