“GWIEZDNE SZCZENIĘ” – Jacek Izworski

20 marca 2021

W dawnych czasach, gdy trwał jeszcze PRL, Polacy nie mieli w zasadzie dostępu do zachodniej literatury fantastycznej. Na półkach polskiego czytelnika królowali więc rodzimi twórcy, ewentualnie radzieccy i kilku innych z Bloku Wschodniego. Miłośnicy fantastyki boleśnie odczuwali brak możliwości zapoznania się z dziełami amerykańskich klasyków, o których przeważnie tylko słyszeli lub czytali w gazetach. Czy było to złe? Panująca ideologia nie uznawała literatury amerykańskiej, poza pewnymi klasycznymi wyjątkami. Głoszono, że socjalizm nie potrzebuje “kapitalistycznej propagandy”, co powodowało, że tylko ci, którzy znali angielski, mogli w Polsce czytać, np, dzieła Bradbury’ego. Jasne, było to złe, ale TYLKO złe. Otwierało drogę rodzimym twórcom, którzy nie tylko nie musieli konkurować z zachodnimi bestsellerami, ale w ogóle nie musieli martwić się czymś takim jak proces wydawniczy, koszty itp. Należało do nich napisanie książki i złożenie w redakcji wydawnictwa. I na tym koniec. Wydawnictwa były państwowe, więc nie kierowały się czymś takim jak rentowność. Jeśli książka spodobała się redaktorowi i nie wzbudziła zastrzeżeń cenzora, było wiadomo, że prędzej czy później wyjdzie drukiem. I nawet jeśli nie będzie to wydanie bibliofilskie, to będzie inne – na przykład w jednej z serii kieszonkowego formatu, tanich i w sumie byle jakich. Jednak treść jest przecież najważniejsza, nie oprawa, tak więc te tanie edycje były bardzo popularne. Najlepiej o tym mówi wstępny nakład pojedynczego tomiku – sto tysięcy. Marzenie niejednego współczesnego pisarza.

W ten sposób zadebiutowało mnóstwo twórców. Jedni rozpoczynali tak swą wielką literacką przygodę, inni poprzestali na jednej książce lub dwóch. Nie zawsze słusznie. Co prawda debiutujący pisarze nie mieli wtedy tak bardzo “pod górkę” jak dzisiaj, ale też nie było im łatwo się przebić do grona tych najlepszych i zdobyć silną pozycję. Jednym się to udało, inni nie mieli tyle szczęścia lub wytrwałości, ile potrzebowali. Jednym z nich jest Jacek Izworski, twórca obdarzony niezwykłą, wrażliwą wyobraźnią. Gdy byłam nastolatką, namiętnie czytałam książki, wydawane w kieszonkowej serii fantastycznej KOWu, Krajowej Agencji Wydawniczej. Tym sposobem, w 1986 roku, wpadło mi w ręce “Gwiezdne szczenię” Jacka Izworskiego.

Daleka przyszłość. Ludzkość uporządkowała już swoje sprawy na Ziemi i zasiedliła nawet niektóre obce planety, ale nieposkromiona ciekawość pcha ją coraz dalej. Trzynaścioro badaczy na w pełni zautomatyzowanym statku “Horsedealer” wybiera się tam, gdzie jeszcze ludzie nie postawili swej stopy. Mają badać obce planety z zachowaniem wszelkich środków ostrożności. Początkowo nie trafiają na ślad rozumnego życia i, choć zebrany materiał jest bardzo ciekawy, są odrobinę zawiedzeni. Wszystko zmienia się gwałtownie, gdy trafią na planetę, określana przez tubylców w jako Czikeria. Zamieszkujące ją humanoidalne istoty są nieagresywne, dobrze rozwinięte technologicznie i kulturalnie. Zarzucić im można jedynie to, że drugą rasę rozumną swego świata, kuloniki, traktują jak zwierzęta domowe, nie jak równe sobie stworzenia. Zdawać by się mogło, że to idealny moment do nawiązania pierwszego kontaktu. Jest tylko jeden problem – z chwilą, gdy “Horsedealer” dociera na Czikerię, wszyscy jej mieszkańcy z rasy nadrzędnej są już martwi….

Nie wiem, czy autor mógł widzieć “Star Treka”, nim napisał swą książkę. Na pewno nie oficjalnie, choć prawdopodobnie oglądał “Kosmos 1999”, będący brytyjską odpowiedzią na dzieło Roddenberry’ego. Jednak “Gwiezdne szczenię” bliższe jest duchem “Star Trekowi” niż jego angielskiej podróbce. Jak widać, wielkie umysły myślą podobnie.

Cóż więc mamy w książce? Wyprawę badawczą w rejony, gdzie “no man has gone before” i poznawanie obcych światów w sposób naukowy. Mamy ten sam optymizm i podobny obraz “humanoidalnej galaktyki”, taką samą niezachwianą wiarę w to, że nawet najgorszy naród może wydać z siebie lepsze jednostki, zdolne z czasem zmienić sposób myślenia całego społeczeństwa. Miłośnicy wielkich bitew i intryg wysoko postawionych rodów nie znajdą tu nic dla siebie. Ci, którzy uwielbiają tak zwaną “fantastykę obyczajową” i pokojową eksplorację wszechświata, będą zachwyceni, tak jak byłam, gdy po raz pierwszy przeczytałam “Gwiezdne szczenię”.

Odmienność tej powieści od wszystkiego, co znałam do tej pory, była fascynująca. Owszem, dość różowy obraz “Zjednoczonego Świata” może oczywiście budzić uśmiech pobłażania, ale ostatecznie dokładnie to samo mamy właśnie w “Star Treku” . I jakoś pasuje. Wyruszająca z Ziemi ekipa nie składa się z żadnych supermanów. tylko ze zwykłych ludzi, co prawda bardzo dobrze wykształconych i przygotowanych do misji. I nagłe brutalne zderzenie z wrogiem, które obnaża braki tego różowego, poukładanego świata, jego słabość w obliczu ewentualnej napaści. Czy ocaleje ktokolwiek, by ostrzec Ziemię na czas? Jaką w tym rolę odegra istota z obcej planety, traktowana przez jej naczelną rasą jak zwierzątko domowe? Odkryjcie to sami. Naprawdę warto.

Co można książce zarzucić? Chyba tylko PRLowskie wydanie. Format kieszonkowy jest wygodny do noszenia ze sobą, ale niełatwy do czytania. Drobniutki i gęsty druk bardzo utrudnia przyswojenie treści, a jest ona warta poznania. Okładka tez nie zachwyca, ale nie odbiega od standardu okładek tej serii. Wielka szkoda, że nikt jak dotąd nie pokusił się o reedycję “Szczenięcia” w jakiejś lepszej oprawie. A teraz byłby na to najlepszy czas, bo książka ukazała się po angielsku w Ameryce i po rosyjsku w Rosji. Jestem pewna, że zostanie tam doceniona tak, jak na to zasługuje.

Tytuł: “Gwiezdne szczenię”
Autor: Jacek Izworski
Gatunek: fantastyka
Rok wydania: 1986
Oficyna: KAW
Format: kieszonkowy
Okładka: miękka
Ilość stron: 286
ISBN: 83-03-01309-2

Autor: Eviva

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *