He-Man i Władcy Netflixa

16 września 2021

Kiedy Netflix wyemitował pierwszą serię “Władców Wszechświata” w reżyserii Kevina Smitha, byłam przekonana, że to ostateczna klęska i nic gorszego nie da się już z tą franczyzą zrobić. Dałam zresztą temu wyraz w recenzji. Okazało się jednak, że byłam niepoprawną optymistką, a dowiedziałam się o tym przypadkiem. Otóż na liście nowości Netflixa trafiłam w kategorii “seriale animowane” na miły memu sercu tytuł “He-Man i Władcy Wszechświata”. Bez żadnego “Objawienia” czy innych dodatkowych słówek. Rozanieliło mnie. Pomyślałam, że warto będzie wrócić do dawnych wzruszeń i odpaliłam pierwszy odcinek. I od razu poczułam się, jakby ktoś przyłożył mi po głowie czymś ciężkim.

Potężna Evil-Lyn i jej poplecznik Trap Jaw wynajmują młodociana wiedźmę Teelę, by wykradła z królewskiego skarbca magiczny miecz. Mimo lęku, jaki budzi w ludziach surowy i nielitościwy król Randor, dziewczyna podejmuje się zadania. Akcja kończy się pełnym powodzeniem, jednak Teela nie oddaje zdobyczy zleceniodawczyni. Posłuszna wydobywającemu się z miecza głosowi, postanawia odszukać Mistrza, do którego ma on należeć. W Wielkich Lasach trafia na parę młodych ludzi – Kras, dziewczynę z Klanu Tygrysa i jej przyjaciela Adama, wychowanka Klanu, znalezionego przez myśliwych w dżungli jako małe dziecko. Towarzyszy im ogromny tygrys o imieniu Płoszek, oraz mały tygrysek Kiciuś. cała czwórka zaprzyjaźnia się z Teelą, przez co ściąga na siebie niemałe kłopoty. Tymczasem na Wężowej Górze złowrogi Keldor budzi się z dziesięcioletniego snu…

Pomijam już fakt, że z całego serca nie znoszę komputerowych animacji. To w końcu moja prywatna sprawa. Jednak za takie masakrowanie kultowej serii z mego dzieciństwa, czy może raczej nastolactwa, należy się pluton egzekucyjny, a przedtem jakieś doraźne tortury. Scenariusz? Pomieszanie z poplątaniem. Teela jest nieletnią wiedźmą-najemniczką, a wizualnie przypomina wielkogłową lalkę z sexshopu, taką dla pedofilów. Duncan nie jest jej ojcem ani pałacowym Zbrojmistrzem, tylko jej równolatkiem, wykolejonym szczeniakiem o technicznych zdolnościach. Oryginalnie dobry i kochany przez poddanych król Randor to odpychający tyran, otoczony żołnierzami zakutymi w zbroje robocopów. Płoszek (Cringer) jest poważnym i wcale nie tchórzliwym tygrysem, cierpiącym z powodu utraconych pazurów i wciąż usiłującym udowodnić, że jest potężnym łowcą. Jego rolę błazna niejako przejmuje Kiciuś, psotne tygrysiątko, maskotka Klanu.

Najważniejsza postać, czyli Adam, został przedstawiony jako zdziecinniały klon Tarzana z oczami na pół twarzy i pętającą się za nim Czitą, pardon, przybraną siostrą o imieniu Kras z Klanu, który małą znajdę przygarnął i wychował na miłego, choć narwanego dzieciaka. Owszem, fajny z niego gostek, kocha zwierzątka i w ogóle konie można z nim kraść, ale – na Eternię! Co to ma być?! Następnym razem pokażą go w śpioszkach i z grzechotką Posępnego Czerepu? Na dodatek w wersji superbohatera ma nie wiedzieć czemu zaczerwieniony nos zasłużonego na polu konsumpcji pijaka – czy to ma być jakaś aluzja?

Oczywiście w serialu mamy też też antagonistów… Ich trudno zepsuć, mają być po prostu źli. Tyle że w okropnej animacji komputerowej są raczej żałośni niż straszni, lub choćby tylko groteskowi, szczególnie, że starają się być tacy strrrrasznie poważni. Nostalgia za starym, dobrym Skeletorem jest wręcz bolesna. Jego czarny humor i sarkazm były nie do podrobienia, a przy tym czuło się w nim prawdziwa potęgę zła. Jego nowa wersja to zwykła, z przeproszeniem, popierdółka. Nawet nie jest uczciwym demonem! Od początku wiadomo, że to Keldor, brat Randora, co odziera jego postać i motywację z wszelkiej tajemnicy. W jego stronnictwie jeszcze najlepiej prezentuje się Evil-Lyn, jest najbliższa oryginałowi, tak wizualnie, jak i charakterologicznie. Tylko że sama wszystkiego nie pociągnie.

Jeśli chodzi o stronę graficzną, to jest typowa dla animacji komputerowej, ale bardzo nierówna. Proporcja postaci niekiedy jest w miarę dobra, a niekiedy – jak w przypadku Teeli i Kras – karykaturalna. Obie po prostu wyglądają na obdarzone sporym wodogłowiem, co mniej zwracałoby uwagę, gdyby wszystkie postacie tak miały. A nie mają, trudno więc orzec, czemu graficy tak się uwzięli akurat na te dwie. Najgorzej wypadł król Randor, bardziej przypominający plastelinowego Wikinga niż kogokolwiek innego – pewnie miał to być ukłon w kierunku jego postaci z remake’u Anno Domini 2002, ale wyszło to tragicznie. Krajobrazy przyrodnicze ujdą, miejskie są ponure i w niczym nie przypominają Eternos znanego z kreskówki. Mrok z ekranu w ogóle wylewa się hektolitrami, w niczym nie przypominając ciepłej i jasnej atmosfery oryginału. Padają trupy, szerzy się zniszczenie i pożoga, o zabawnych morałach na koniec odcinka oczywiście możemy zapomnieć. To animacja raczej dla widzów wychowanych na “Avatarze” i temu podobnych filmach, nie dla nas, smutnych starych zgredów, pamiętających pierwszą emisję oryginału. I na pewno niczego ich nie nauczy poza tym, że fajnie mieć dobry gadżet.

W sześciogwiazdkowej skali daję tej produkcji mocne 1 – i tylko dlatego, że nie mogę dać mniej. Jeśli, co przeczytałam w jednym z opisów, twórcy wykorzystali scenariusz nowego filmu aktorskiego, to chwała bogom Eterni, że ten nie powstał.

Tytuł: “He-Man i Władcy Wszechświata”

Produkcja: studio Mattel

Rok premiery: 2021

Autor: Eviva

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *