Indianin, którego nie było

5 listopada 2018

Winnetou okladkaKtóż z nas nie zna dzielnego i szlachetnego Apacza, Winnetou i jego brata krwi, Old Shatterhanda? Odważni, honorowi, połączeni niezwykłą przyjaźnią, choć pochodzący z różnych krajów i różnych kultur. Gotowi wskoczyć w ogień jeden za drugiego, zawsze dotrzymujący słowa i szlachetni ponad zwykła ludzką miarę.

To retoryczne pytanie skierowane jest rzecz jasna do Europejczyków, bo w Ameryce, jak na ironię, Karol May i jego ukochane dzieło są traktowani raczej obojętnie. A przecież zdawałoby się, że powinni być oczarowani historią szlachetnego Apacza i jego brata krwi rodem z Europy. A tu figa. I nic w tym dziwnego, jeśli weźmie się pod uwagę całokształt.

Bo w końcu co jak co, ale biali Amerykanie historię swego (?) kraju znają choć trochę, a ci rdzenni poprzewracaliby by się pewnie ze śmiechu, gdyby cykl książkowy sympatycznego Niemca wpadł im w ręce. Mało jednak prawdopodobne, by tak się stało, gdyż – jak wspomniałam wcześniej – w „ojczyźnie Winnetou” książki Karola Maya są prawie nieznane.

.

winnetou„Winnetou” czyta się wspaniale, zwłaszcza gdy człowiek ma te naście lat. Porywająca opowieść o męskiej przyjaźni, poświęceniu i przygodach, osadzona w realiach Dzikiego Zachodu… Stop!

O Dzikim Zachodzie autor wiedział tyle, ile sam wymyślił – prawda, że na podstawie wzmianek i rycin w gazetach. W indiańskich narzeczach próżno szukać przytaczanych nazw własnych, łącznie z imionami bohaterów. Również opisywane indiańskie rytuały są w najlepszym razie powielaniem niedokładnych i wyrywkowych migawek obyczajowych z życia „dzikich”, zamieszczanych w brukowych czasopismach jako ciekawostki. Życie białych osadników i ich relacje z rdzennymi mieszkańcami tych ziem zostały opisane przez Maya z równą starannością i taką samą dozą prawdy. Poczynając od opisu fantazyjnej fryzury Winnetou, a kończąc na paradowaniu po ulicach dużych miast z bronią dumnie kołysząca się u pasa, wszystko tu jest niezwykle barwne i niezwykle zmyślone. Zresztą, jakże by inaczej?

220px-Karl_May_editKarol May, choć Old Shatterhand miał być dla niego czymś na kształt alter ego, raczej nie przypominał dzielnego trapera. Niski, wątły i chorowity, przez większość życia nie wysadził nosa z Niemiec, a swoich bohaterów tworzył za kratkami, gdzie spędził w sumie około siedmiu lat. Nie zrobił nic poważnego. Skazywano go za drobne kradzieże – prawdopodobnie był kleptomanem, gdyż zazwyczaj przywłaszczał sobie rzeczy dość przypadkowe. Będąc z natury wrażliwym, inteligentnym, a jednocześnie skłonnym do konfabulowania człowiekiem nie umiał pogodzić się z drobnomieszczańskim otoczeniem, w którym wyrósł. Imał się różnych zawodów, ale w żadnym długo nie wytrwał. Przeważnie go zwalniano, bo choć nie był człowiekiem z gruntu nieuczciwym, to trudno było na niego liczyć. Ucieczka w marzenia okazała się dla niego nie tylko ulgą w mało komfortowych sytuacjach, ale też przepustką do sławy. A że zmyślał? Który pisarz tego nie robi? Zresztą w czasach Maya mało który Europejczyk miał jakiekolwiek pojęcie o Dzikim Zachodzie, stanowiącym dla niego niesłychaną egzotykę. Czytelnicy mogli łyknąć dosłownie wszystko. I łyknęli.

g-12Gdy po „Winnetou” sięga człowiek dorosły, przede wszystkim bije go w oczy gloryfikacja wszystkiego co niemieckie. Wszyscy pozytywni bohaterowie są Niemcami, nawet sam Winnetou jest na siłę niemczony do tego stopnia, że w drugim tomie autor każe mu… pić piwo, bo choć dzielny Apacz był wrogiem wody ognistej, to przecież piwo nie alkohol. W całym cyklu nie ma ani jednej negatywnej postaci z niemieckimi korzeniami, co już jest zakłamywaniem rzeczywistości. Niemieccy osadnicy na równi z innymi brali udział w odrażającym procederze okradania i eliminowania rdzennych mieszkańców Ameryki. Za wspomnianą gloryfikacją idzie coś znacznie gorszego – ośmieszanie i oczernianie innych narodów. Chińczyków autor opisuje z bezbrzeżną pogardą jako podstępnych, tchórzliwych, zabobonnych podludzi. Murzynów jako w najlepszym razie duże, niemądre dzieci. Hiszpanów jako pijaków, nadętych bufonów i brudasów. Że zacytuję
” Na jego wołanie nadbiegły dwie kobiety – senhora i senhorita – przy których jednak zwykła dziewka od krów wyglądałaby jak wielka dama.”
Dalej następuje barwny opis, jak dalece panie były brudne. Innym nacjom dostaje się w podobny sposób. Oczywiście główni bohaterowie, Niemcy, i ich indiański przyjaciel byli zawsze czyści, moralni, eleganccy i w ogóle z tyłków im fiołkami pachniało.

indiański wódzWbrew pozorom Karol May nie oszczędza też Indian, których opisuje jako podstępnych, kłamliwych, zacofanych i obłudnych. Nie uznaje, by mieli jakąkolwiek kulturę własną. Przeczy tu sam sobie, gdyż na ogół nazywa Indian „szlachetną rasą” – chyba że rozumiał przez to, iż może się ona ucywilizować, rzecz jasna na niemiecką modłę. Czytając jego książki można odnieść wrażenie, że rezerwuje ten pochlebny termin tylko dla Apaczów, którzy w jego książkach byli plemieniem pełnym wszelkich cnót i nastawionym bardzo pokojowo – oczywiście, dzięki naukom niemieckiego duchownego. Jest to o tyle zabawne, że w rzeczywistości Apacze słynęli z brutalności i okrucieństwa tak dalece, że wszyscy się ich bali. Z nikim nie żyli w pokoju. Inne plemiona Ameryki Środkowej uważały ich nawet za obcych, którzy zjawili się, by terroryzować rdzennych mieszkańców. Stąd potoczne określenie – Apache oznacza w języku Pueblosów, czyli Indian Zuni, tyle co „Wróg”, a nawet może być tłumaczone jako „Okrutny wojownik”. Kogoś jednak May musiał wybrać i padło na nich. O ich obyczajach nie miał w sumie żadnego pojęcia, więc oczywiście co rusz popełnia błędy merytoryczne, z których uporczywe nazywanie fajki ceremonialnej „fajką pokoju” (zresztą dość powszechny błąd) jest najmniejszym, nic nie znaczącym drobiazgiem. Jednak przynajmniej pisze o nich w sposób pozytywny. Jednocześnie nie można nazwać Maya zdeklarowanym rasistą. Murzynów darzył sympatią, uważał, że z natury są poczciwymi przygłupami, tylko biali ich demoralizują. Córce farmera z tomu „Skarb w Srebrnym Jeziorze” każe nawet wyjść za Mulata, co dobitnie pokazuje, jak mało wiedział o Dzikim Zachodzie, gdzie podobne małżeństwa były prawnie zakazane.

kadr z filmu "Winnetou"To nie jedyny zarzut. Skoro już poruszamy temat płci pięknej, Karol May zdawał się być zdania, że prawdziwi mężczyźni nie potrzebują kobiet, bo same są z nimi kłopoty. W jego książkach damy stanowią jedynie pewien dodatek do historii – jako gospodynie domowe, służące, maszynki do rodzenia lub pretekst do walki. Jedynie tragicznie zmarłej siostrze Winnetou poświęcił więcej uwagi, potem z ulgą zarzucił temat damsko-męski. Jego dzielni, męscy herosi zdawali się być poza nawiasem potrzeb serca czy nawet biologii. Nic dziwnego, że nie brak takich, co przypisują im przyjaźń wcale nie tak niewinną. Na prawdziwym Dzikim Zachodzie nie byłoby w tym nic dziwnego. Nie mówiło się o tym, ale homoseksualizm istniał, szczególnie wśród kowbojów. Ci, pędząc bydło, miesiącami nie widzieli kobiety, aa natura swoje robi. Zaś Indianie w ogóle nie widzieli w homoerotyzmie szczególnego problemu – może się trochę podśmiewali, ale ogólnie nikt tam nikomu pod derkę nie zaglądał. Uparta negacja potrzeby kobiecego towarzystwa rzeczywiście może stawiać bohaterów Maya w dziwnym świetle, zwłaszcza że pisarz kilkakrotnie pisze, jak Winnetou całuje Old Shatterhanda na powitanie. Co samo w sobie może rozbawić, gdyż rdzenni Amerykanie w ogóle nie znali czegoś takiego jak pocałunek.

autentyczne zdjęcie IndianinaW odniesieniu do rzeczywistości Dzikiego Zachodu „Winnetou” wart jest akurat tyle, co „Trędowata” Mniszkówny w zestawieniu z rzeczywistym obrazem polskiej szlachty okresu międzywojennego. I podobnie jak „Trędowata” stał się ponadczasowym bestsellerem, na większą nawet skalę. Przetłumaczono go na chyba wszystkie języki naszej części świata, wyjąwszy chiński i zaczytują się nim kolejne pokolenia młodzieży. Żadna prawda nie jest bowiem tak urzekająca jak zmyślenie. Jego siła była tak wielka, że przekonała nawet samego autora, choć wymarzona przez niego podróż so Ameryki przyniosła mu tylko same rozczarowania. Na drzwiach jego willi wisiała tabliczka z napisem „KARL FRIDRYCH MAY, ZWANY OLD SHATTERHANDEM”. Zawsze skłonny do konfabulacji May do końca życia uparcie pozował na jednego z własnych bohaterów, a jego nikła postura jakoś nikomu przy tym nie przeszkadzała, najmniej czytelnikom, tłumnie przybywającym na spotkania z nim. Można sobie zadać pytanie: dlaczego? Przecież tak łatwo byłoby obnażyć kłamstwo i ośmieszyć pisarza. Nikomu jednak na tym nie zależało.

Pierre Brice jako WinnetouLudzie potrzebują bohaterów. Kochają złudzenia, że niezależnie od tego, ile im brakuje, sami mogą zostać bohaterami. A jak im się jeszcze wmawia, że sam fakt przynależności do określonego narodu już ich nobilituje… no to mamy problem. Trudno rzecz jasna winić Maya za nazizm i hitleryzm, po prostu to, co stworzył, niefortunnie wpisało się w ideologię „rasy panów” i nawet Fuehrer to doceniał, ignorując głęboko humanistyczna wymowę jego książek. Sam pisarz był pacyfistą i wrogiem wszelkiej przemocy, a także jednym z pierwszych obrońców środowiska naturalnego, co warto podkreślić – potępiał masowe polowania na bizony i wycinanie lasów. Jego dzieło w założeniu nie miało być żadnym manifestem o wyższości rasowej, po prostu wyszło, jak wyszło.

1Przedstawiony przez Maya obraz musiał zirytować Sienkiewicza, odpowiedział na niego bowiem krótkim opowiadaniem pt. „Sachem”, Opisuje w nim miasteczko na Dzikim Zachodzie, założone przez Niemców na teranie, należącym wcześniej do wymordowanego plemienia Indian. Jest to miejscowość jakby żywcem przeniesiona z Bawarii, razem z jej drobnomieszczańską mentalnością i ciasnotą umysłową. Do tego miasteczka przybywa cyrk, którego główną atrakcją jest indiański linoskoczek, ostatni ze swego szczepu… Warto zapoznać się z tym utworem, zwłaszcza po lekturze „Winnetou”. Jest niczym dobry kubeł zimnej wody.

Winnetou2Można tu dodać, że filmy z serii „Winnetou” są dla człowieka jako tako zorientowanego w temacie jeszcze zabawniejsze niż książki Maya. Kręcili je ludzie, którzy nie mieli bladego pojęcia o Dzikim Zachodzie, za to dostali błogosławieństwo od komitetu partyjnego. Są nie tylko pełne błędów merytorycznych, ale i kiepskie już na poziomie scenariusza. Ratują je nieco dobrzy aktorzy, na czele ze zmarłym niedawno Pierre’em Brice, i piękne krajobrazy z jugosłowiańskich parków narodowych. Jednak o jakiejkolwiek wiarygodności można zapomnieć. Broni się w nich tylko opowieść o pięknej przyjaźni, o wartościach ponadczasowych, takich jak odwaga, lojalność, honor, miłosierdzie i tolerancja. No i stanowią coś jakby rustykalną pamiątkę dawnych czasów, gdy gatunek „western” był omalże jedynym amerykańskim produktem, który do nas trafiał.

Winnetou, nowa odsłonaMimo wszystkich błędów i śmiesznostek dzieło Maya fascynuje kolejne pokolenia – najlepszy dowód, że niemieccy filmowcy wrócili po dekadach do tematu, opracowując nową wersję legendy. Międzynarodowa obsada ma zapewnić wiarygodność i uatrakcyjnić reboot, w którym widzowie mogą też ujrzeć jugosłowiańskiego aktora, Gojko Mitića, który karierę swą zaczynał w oryginalnej wersji. Stał się potem znany jako bohater filmów o Ulzanie, wodzu Apaczów, kręconych w Europie. W czasach, gdy Hollywood przedstawiał rdzennych Amerykanów jako tępych dzikusów, prawdziwych „podludzi”, w krajach Bloku Wschodniego byli oni kochani i podziwiani. Dużo to mówi o opiniotwórczej roli Maya i jego książek, a także o jego niezaprzeczalnym talencie literackim. I trochę o nas samych, skoro wciąż ta historia nas oczarowuje, mimo że widzimy jej niedociągnięcia. Bo powiedzmy to jasno – kochamy Indian, choć wiemy przecież, że nie byli łagodnymi barankami. Mówię tu przede wszystkim o nas, Polakach, którzy niejeden raz w dziejach byliśmy na pozycji takiego właśnie Indianina, który dobry, gdy martwy.

Stanisław Supłatowicz, aka Sat OkhNa zakończenie można tu dodać, że Polacy mieli też własnego indiańskiego bohatera, tym razem prawie autentycznego. Był nim zmarły w 2003 Sat Okh, czyli Stanisław Supłatowicz, syn zesłanej na Syberię Polki i – według jej słów – indiańskiego wodza o imieniu Wysoki Orzeł. Supłatowicz szczerze wierzył, że jest Metysem, pisał książki i wygłaszał pogadanki dla młodzieży, ale jakie naprawdę było jego pochodzenie, nie wiemy.  Nie istnieją na ten temat żadne dokumenty. To zresztą temat na zupełnie inny felieton.

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *