Posępny Czerep bez mocy – recenzja ze spoilerami

25 lipca 2021

“Władcy Wszechświata” od jakiegoś czasu kusili swą charyzmą Netflix, znany z psucia tego co dobre – exemplum choćby “Star Trek: Discovery”. Początkowo platforma zdecydowała się na bardzo marny, ale przynajmniej bajkowy w dobrym sensie serial w konwencji japońskiego anime, “She Ra i Księżniczki Mocy”. Zmęczyłam bodaj trzy odcinki i dałam sobie spokój, bo prawdę mówiąc nie da się tego oglądać. Jednak She-Ra nie wystarczyła zawodowym psujom. Zdecydowano się sięgnąć głębiej.

Jakby o tym nie mówić, spośród wszystkich “- manów” He-Man zawsze był najbardziej jednowymiarowy. Dobry, szlachetny i miły. Nie było w nim nigdy ani odrobiny mroku. Taki został pomyślany i taki miał właśnie być, takim go też pokochał cały świat. To nic, że serial powstał w celu wypromowania nowej linii zabawek – sam w sobie stał się wartością. Nawet w dwóch serialach, które powstały po zakończeniu oryginalnej produkcji i filmie fabularnym, nie ruszono tych cech He-Mana, które najlepiej go opisywały. Były kluczowe. Chyba też one właśnie stały się solą w oku scenarzystów nowej produkcji, którzy uparli się zniszczyć wszystko, co w oryginalnym serialu było dobre i jasne. A że wszystko to ogniskowało się w postaci przesadnie umięśnionego blond herosa, należało dobrać się właśnie do niego. Co też zrobiono. najpierw odebrano mu krzyż celtycki z napierśnika, potem całą resztę.

Dochodzi wreszcie do ostatecznego starcia między Skeletorem a He Manem. Jeden pragnie pisiąść całą magię Eterni, drugi nie chce mu na to pozwolić. W efekcie magia wyrywa się na wolność. W ostatniej chwili HeManowi udaje się ją przechwycić i uwięzić w swym mieczu. Moc jest jednak tym razem zbyt silna nawet dla starożytnego artefaktu. Zostaje rozszczepiony na dwoje, a trzymający obie części bohater ginie, mimowolnie ujawniając swą tożsamość przed przerażoną Teelą. Od tej pory nic już nie będzie takie samo… 

Nowa kreskówka rozprawia się bezlitośnie z tym, co było bazą i największym atutem oryginalnej. Nie ma już dobra ani zła. Król Randor okazuje się niesprawiedliwym i małostkowym człowiekiem, a jego gniew z powodu utraty syna mści się na najbardziej oddanym mu ze wszystkich żołnierzu, Duncanie. Evil Lyn łączy siły z Teelą, która przeistoczyła się z kapitana gwardii królewskiej w cyniczną, zgorzkniałą najemniczkę, mającą za nic dotychczasowe ideały. Dla pieniędzy przeprowadza nawet niesprowokowany niczym atak na Wężową Górę, zabijając wielu jej obecnych mieszkańców. To już nie jest Teela, jaką znamy, nawet fizycznie, bo przypomina raczej wiedźmę, gorszą niż Evil Lyn. Tak jest nie tylko z Teelą, a w sumie ze wszystkim – źli okazują się nie tacy źli, a dobrzy nie tacy znów dobrzy. Jedynie książę Adam, czujemy to przez skórę, nie mógłby ulec takiej destrukcji charakteru pod żadną presją. Dlatego musi zginąć – zaraz po powrocie z krainy umarłych, żeby już definitywnie pożegnać jego postać i wszystko, co sobą reprezentuje. 

Dobro nie istnieje, trzeba więc czcić wszechobecne zło“, jak powiada jedna z bohaterek horroru “Omen”. Te słowa zdają się wprost emanować z “Władców Wszechświata” made by Netflix. Mroczna kolorystyka i celowo zeszpecone postacie protagonistów tylko to potwierdzają. Serial oryginalny oraz jego spinoff “She-Ra”, jak również “Nowe przygody He-Mana” i reboot z 2002 roku były produkcjami dla dzieci i wszystkie zawierały spory ładunek zamierzonego dydaktyzmu. Nawet film fabularny taki był. Rzeczywiście przy okazji zabawy uczyły czegoś dobrego i mądrego, natomiast nowa produkcja przekazuje widzom najwyżej to, że nie warto być dobrym ani bezinteresownym, bo za przeproszeniem na końcu dostanie się w dupę. I straci się nawet wypracowane wcześniej miejsce w Raju dla herosów. Adam aka He-Man zresztą nie jest wyjątkiem. Pozytywni bohaterowie padają na naszych oczach jak muchy, a negatywni mają się świetnie, a jeśli nawet nie, odrodzenie dla nich to bułka z masłem. Ten serial jest jakąś okrutną parodią tego, co stanowiło samo serce oryginalnego cyklu wytwórni FILMATION. Parodią tak ponurą, że aż bolesną. I nic tu nie pomaga plejada znanych gwiazd, podkładająca głosy.

Pierwszą recenzję, opublikowaną na paradoks.net.pl, napisałam na gorąco, po obejrzeniu pierwszego odcinka. Miałam wtedy jeszcze nadzieję na lepsze. Teraz, gdy mam za sobą już wszystkie pięć odcinków, jestem straszliwie rozczarowana i zdołowana.  W czyjej chorej głowie uroiło się to, co zaserwowano widzom Netflixa? Czemu bajkę dla niedorostków, budzącą kiedyś tyle dobrych myśli i uczuć, zmieniono w krwawą rzeźnię, po której można jedynie mieć koszmary? Po co posłużono się tak mroczną grafiką? Nie rozumiem i nie chcę tego zrozumieć. I wcale nie tylko ja.

Jawne oszustwo producentów, którzy cały czas wmawiali w widzów, że dostaną reboot lub sequel starego serialu z He-Manem jako postacią wciąż obecną w historii, przyciągnęło do telewizorów bardzo wielu, jednak według ankiety serwisu Rotten Tomatoes tylko 30% z nich uznało nową produkcję za dobrą. Nic dziwnego. Ja tam się nawet dziwię, że aż tylu. Miłośnicy oryginalnej kreskówki kochają He-mana, nie jego gwardzistkę, zamienioną przez nowych rysowników w coś przypominającego Sylwię S. na sterydach. Nie po to chcą oglądać sequel ukochanego serialu, by patrzeć na włóczącą się po różnych kniejach drugoplanową postać, w dodatku uwikłaną w niejednoznaczną relację z “przyjaciółką”. Nota bene przyjaciółką nudną jak sto tysięcy alg morskich i tak potrzebną w serialu niczym poseł Palikot w Namibii. I mocno wątpię, by więcej niż połowa widzów zdecydowała się obejrzeć dalsze odcinki, gdy już zostaną dodane. W porównaniu z nową produkcją dwa wcześniejsze seriale, bazujące na marce, wydają się mimo swych braków szczytem dobrego smaku i finezji. To, co teraz prezentuje Netflix, pozostawia paskudny osad w sercu i umyśle, i co gorsza – nie da się już odzobaczyć.

Tytuł: “Władcy Wszechświata”
Gatunek: serial animowany
Reżyseria: Kevin Smith
Rok produkcji: 2021

Autor: Eviva

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *