Recenzja książki „Limes” Damiana Porwita

30 czerwca 2017

limesZ wykształcenia jestem historykiem. Dziękuję. Odkładam pióro. Recenzja skończona.

Tak właśnie mógłbym napisać. „Z wykształcenia jestem historykiem” i na tych słowach zakończyć pisanie o książce, która dzieje się w Imperium Romanum. Damian Porwit postanowił zmierzyć się z pokusą przeniesienia akcji swojej powieści w czasy antyczne. Może zabieg ten miał na celu zachęcenie potencjalnych czytelników egzotyką miejsca i czasów, a może zwyczajnie lubi ten okres. Jedną rzecz trzeba powiedzieć od razu. Autor nie jest historykiem, nie jest też specjalistą od antycznego Rzymu, ale też nie stara się za takiego uchodzić. Dlaczego tak ważne jest to co właśnie napisałem?

Mnie, jako specjalistę rażą takie sformułowania, jak stosowane zawołań „Na kutasa Jowisza” czy stwierdzenie, że łacina jest „wulgarna” wypowiedziane przez Rzymianina.

Musimy pamiętać, że Jowisz, tudzież Pluton czy Mars w starożytności nie były planetami, a bogami. Określenie w rodzaju „Na kutasa Jowisza” byłoby bluźnierstwem, na które legioniści by sobie nie pozwolili. Ci ludzie mieszkali na pograniczu. W realiach codziennie grożącej im śmierci. Bogowie niejednokrotnie byli jedyną siłą, która stała między nimi, a śmiercią. Co się zaś tyczy języka, ilu z nas powiedziałoby, że nasz język jest wulgarny. Owszem, zawiera wiele wulgaryzmów, ale utrzymywać będziemy, że jest piękny.

Czy twierdzę więc, że książkę powinniście omijać szerokim łukiem? Absolutnie nie! Wystarczy pamiętać legendę polskiej fantastyki, który osadzając akcję w realiach mieczy i łuków serwował nam powiedzenia typu: „Widzieliście go? Rycerz chędożony! Herbowy! Trzy lwy w tarczy! Dwa srają, a trzeci warczy!”. Myślę że „kutas Jowisza” tudzież „jądra Plutona” w krótkim czasie staną się klasyką powtarzaną przez niejednego czytelnika polskiej prozy.

Limes jest powieścią przygodową, wręcz awanturniczą, nie stara się aspirować do roli kroniki, czy paradokumentu i bardzo dobrze! Bycie powieścią awanturniczą wychodzi mu znakomicie. Wciąga fabułą, dobrze zarysowanymi postaciami i niemal nieustannie towarzyszącym nam napięciem. Osobiście jestem fanem dobrych kryminałów i powieści awanturniczych. Nie często zdarza mi się spotkać powieść, która wiązałaby te elementy, a przynajmniej wiązałaby je w sposób zgrabny i przyjemny dla odbiorcy. Przez ostatnich kilka lat właśnie z tego powodu bardzo krytycznych recenzji z mojej strony publikowanych na przeróżnych portalach doczekały się powieści topowych, światowych autorów. Mówiąc współczesnym językiem stałem się „Hejterem” i wydawnictwa z pewną dozą nieufności dawały mi swoje książki do recenzji. Brawo dla wydawnictwa Red Book za odwagę.

Limes uwiódł mnie sprawnym łączeniem wątków, dobrze poprowadzoną narracją, która oparła się powszechnej tendencji do bycia infantylną w miejscach, gdzie była prowadzona przez jednego z bohaterów. Przede wszystkim zaś sprawił pozytywną niespodziankę na sam koniec, gdzie umieszczony został słowniczek chyba wszystkich nazw własnych użytych w powieści, których mogą nie znać czytelnicy.

Chętnie sięgnę po kolejną historię w realiach Starożytnego Rzymu napisaną przez Damiana Porwita. Jeszcze chętniej zaś przeczytałbym współczesny kryminał pióra tego autora.

2 komentarze

  • kylianm 15 lipca 2017jako21:02

    Ja w przeciwieństwie do przedmówcy książkę przeczytałem i powiem tak:
    książkę cechuje ciekawa fabuła, dobry pomysł oraz czas i alokacja powieści – to niewątpliwy plus. Lubię książki pisane w pierwszej osobie – szczególnie cykl S.Saylora który dla mnie jest mistrzem gatunku i za to autor ma u mnie także plus. Nie podobało mi się natomiast to, że połowa książki toczy się na przestrzeni kilku dni przez co ma się wrażenie, że cała akcja toczy się nad wyraz wolno choć w istocie tak nie jest. Na poczatku książki poznajemy bardzo wiele postaci przez co czułem się nieco zagubiony, ale może tylko ja tak mam… Za to kompletnie nie podobało mi się to, co zrobiło Wydawnictwo z tym materiałem. Książka mogła zyskać bardzo wiele przez profesjonalną redakcję, a tu albo redaktora nie było, albo był pijany. Niedopuszczalne jest posyłanie materiału do druku z literówkami, a tych w książce jest kilka. Smutne to trochę bo Wydawcy powinno zależeć na tym, by czytelnik dostał produkt najwyższej jakości. W książce jest jakość, jest potencjał, tylko Wydawca do dupy. Wydaje się, że młodzi gracze (Wydawnictwa) powinny szczególnie dbać o jakość produktu, bo błędy w druku rzutują przede wszystkim na nich – pamiętajmy, że Wydawnictwo przyjmując materiał do publikacji zobowiązuje się do realizacji prac edytorskich i redaktorskich. Dlatego ja polecam wszystkim średnie i duże Wydawnictwa bo więksi gracze na rynku nie pozwalają sobie na błędy.
    I jeszcze w kwestii przekleństw z bogami w roli głównej: Zawołanie”na kutasa Jowisza” i tym podobne występują często w serialu Spartakus – może autor zwyczajnie się posiłkował.

  • Mariusz 4 lipca 2017jako21:07

    Do czytadeli trafiłem zupełnie przypadkiem poszukując recenzowanej tu książki mojej przyjaciółki. Kiedy zobaczyłem okładkę „Limes” ucieszyłem się, a moja radość stała się jeszcze większe gdy przeczytałem, że książkę recenzuje historyk bowiem ja sam jestem historykiem. Co prawda od czasu ukończenia studiów minęło już piętnaście długich lat, niemniej jednak to jako student zakochałem się w antycznej (w tym i rzymskiej) historii świata. Przeczytałem zatem recenzje z zapartym tchem i chociaż samej książki nie znam, pozwolę sobie odnieść się do dwóch poruszonych tu punktów licząc przy okazji na merytoryczną dyskusję z – a co mi tam – recenzentem jak i autorem książki. A zatem do rzeczy:
    1. zawołania w stylu „na kutasa Jowisza” i typ podobne przekleństwa były jak najbardziej stosowane przez rzymian! Pamiętajmy, że rzymianie u schyłku republiki to nie cnotliwi mieszkańcy wczesnej republiki (choć do ich cnotliwości także liczni historycy mają zastrzeżenia). Rzymianie schyłku republiki i cesarstwa to pragmatyczni, nierzadko cyniczni ludzie wykorzystujący Bogów do osiągnięcia własnych celów. I tak Bogów wykorzystywano aby sprowadzić tak na kogoś nieszczęście jak i swój dobrobyt. Bogów wykorzystywano do celów politycznych i społecznych. Bogowie rzymscy nie byli odpowiednikami choćby chrześcijańskiej trójcy gdzie podobne zawołanie względem choćby Jezusa byłoby oczywistą obrazą uczuć religijnych. A zatem, czy rzymianie stosowali takie lub podobne przekleństwa? Owszem. Czy była to obraza Bogów? Z pewnością. Czy rzymianin bał się bogów? Oczywiście, choć nie w dzisiejszym rozumieniu. Rzymianin kiedy czuł, że obraził dane Bóstwo po prostu starał się je przebłagać, czy to modlitwą, wizytą w świątyni, rozmową z kapłanem lub/i najczęściej ofiarą. Zabiegi te kończyły się zupełnym „oczyszczeniem” nieszczęśnika z przewiny… aż do następnego razu. Wystarczy przypomnieć sobie występek Klodiusza w domu Westalek. W jaki sposób plebejski „przywódca” przebłagał bogini Westę, można się tylko domyślać. Wszak za kontakty seksualne z Westalkami groziła straszliwa kara… w tym dla samej kapłanki.
    2. Sprawa z określeniem łaciny mianem wulgarnej już nie jest taka oczywista. Jak mówiłem, nie znam książki i nie wiem w jakim kontekście słowa te zostały wypowiedziane i przez kogo – to ostatnie ma tu główne znaczenie. Rzymianim wykształcony powiedzmy średniego statusu jak ekwita czy też wyższego – patrycjusz doskonale posługiwał się greką. Na suto zakrapianych ucztach cytowano z pamięci grecką poezję, a nawet Iliadę Homera – w całości, tak jest!! Z resztą każdy mieszkaniec antycznego świata, który „lizną” choćby odrobine wykształcenia rozumiał jak ważna dla rozwoju była kultura grecka. Zatem pisywano poezje w języku Greków i w tym języku ją oceniano. Co oczywiście nie znaczy, że po łacinie nie tworzono pięknych utworów, bo oczywiście tworzono. To jednak język grecki stanowił trzon i punkt zapalny poetyckich spotkań śmietanki towarzyskiej ludzi republiki i cesarstwa. Dlaczego piszę to wszystko? Ano dlatego gdyż jeśli słowa o wulgarnej łacinie wypowiedział szeregowy legionista czy też inny człowiek zaliczany do szeroko pojętego plebsu – uznać należy, że autor w tym wypadku popełnił po prostu błąd, by rzec gafę. Jeśli natomiast wypowiedział to wykształcony rzymianin, dodatkowo w kontekście nauki czy też poezji właśnie, należy przyznać mu rację. Dla człowieka operującego biegle łaciną i greką komponowanie w języku łacińskim musiało być jak wyciskanie wody z kamienia! To tak jakby zapytać dzisiaj w jakim języku skomponować piosenkę – w polskim, czy angielskim – tak by odniosła ona międzynarodowy sukces? Odpowiedź jest oczywista. Z resztą nawet Polak rozumie, że jego język jest „szeleszczący”, niemiecki twardy, włoski melodyjny, a francuski czy hiszpański uznawany za seksowny.
    Szkoda, że samej książki ocenić nie mogę. Postaram się to jednak szybko nadrobić.

    Pozdrawiam i liczę na ciekawą dyskusję jak historyk z historykiem i autorem.

    Mariusz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *