William Shatner – Starszy pan bez godności

27 marca 2015

William ShatnerMożemy śmiało powiedzieć, że nie byłoby „Star Treka” takiego, jaki znamy, bez Williama Shatnera. Z równie dużą dozą prawdopodobieństwa można stwierdzić, że nie byłoby Williama Shatnera takiego, jak go znamy, bez „Star Treka”. Choćbyśmy najbardziej lubili i podziwiali oryginalnego kapitana Kirka, nie możemy go nazwać wielkim aktorem. Ma talent, ale pewnie skończyłby jako wieczny aktor drugiego planu, gdyby nie Gene Roddenberry i jego dzieło życia. Jak „Star Trek” i William Shatner oddziaływali na siebie? A przy okazji zastanówmy się też, jakim człowiekiem jest oryginalny kapitan Kirk.

Shatner jako trzylatekRodzice naszego kapitana przybyli do Kanady z Europy, uciekając przed rosnącym w siłę nazizmem. Jak sam Bill napisał, płynie w nim krew austriacka, węgierska, i nawet… polska. Co ciekawe, polską wymienił w swej książce na pierwszym miejscu. Razem cały Żyd, co zresztą było bezpośrednim powodem ucieczki. Jeśli jesteśmy już przy korzeniach, jako ciekawostkę wspomnę, że pan Shatner senior umiał trochę po polsku, ale jedynym słowem, jakie nasz Bill zapamiętał z tego pięknego języka, było słowo „szmata”. Jego ojciec określał swój warsztat krawiecki jako „szmaciany interes”, szył bowiem tanie ubrania dla biedaków, przynajmniej na początku. Zapobiegliwością i pracowitością rozwinął swój biznes, aż powstała z niego mała fabryczka niedrogich ubrań, co pozwoliło mu utrzymywać rodzinę na całkiem przyzwoitym poziomie. Marzył oczywiście o tym, że jedyny syn przejmie po nim kierowanie firmą, ale tu los spłatał mu figla, gdyż mały Billy od dziecka nie miał najmniejszego talentu do interesów, za to bardzo interesował się aktorstwem.

siedemnastolatekJaki był William Shatner jako dziecko? Cóż, sądząc ze zdjęć był słodkim brzdącem, rozpieszczanym i psutym przez matkę i starsze siostry, za to bardzo nielubianym przez szkolnych kolegów. Czemu tak się działo, trudno powiedzieć, gdyż sam Shatner twierdzi, że nie wie. Fakt faktem, że nie lubiano go w szkole, i to do tego stopnia, że, jak przyznaje w swych pamiętnikach, tylko raz dostał zwyczajową walentynkę – gdy sam ją do siebie napisał. Można by zgryźliwie powiedzieć, że już wtedy zupełnie nie nadawał się do tego, by go lubić, gdyby nie pewien drobny fakt. Otóż był jedynym małym Żydem w chrześcijańskiej szkole, więc powód jego osamotnienia mógł być natury, nazwijmy to, dość kołtuńskiej. Na powiedział tego wprost, gdyż z zasady unika pisania w swych książkach czegoś, co mogłoby urazić wspominanych tam ludzi. Nawet o ludziach, którzy okazywali mu i okazują nadal jawną wrogość, nie napisał ani jednego złego słowa. To bardzo ładny rys jego charakteru.

Nie mając przyjaciół wśród rówieśników przelewał nadmiar uczucia na psy i konie, które od zawsze uwielbiał. Pierwszą wielką tragedię przeżył, gdy miał dziewięć lat – wtedy jego ulubiony pies wpadł pod samochód. Jak sam napisał, do tej pory boli go to wspomnienie. Można powiedzieć, że wolał towarzystwo psów od towarzystwa innych dzieci, choć to nie znaczy, by był samotnikiem. Przecież błyszczeć można tylko w towarzystwie! Jednak nikogo nie dopuszczał zbyt blisko.

młody aktorPodrastając Billy zainteresował się teatrem, zapewne jako miejscem, gdzie wszystkie oczy będą na niego zwrócone. Obdarzony pewnym talentem i miłą dla oka powierzchownością bez trudu dostał się do amatorskiego zespołu teatralnego, potem do teatru profesjonalnego i zaczął odnosić pierwsze sukcesy. W końcu postanowił wyjechać do Hollywood i studiować tam aktorstwo. Złamał tym ostatecznie serce swemu ojcu, przekonanemu, że syn poprowadzi kiedyś rodzinne interesy. Mimo to Shatner senior okazał iście ojcowską wyrozumiałość: zebrał wszystkie pieniądze, jakie mógł i dał je synowi na drogę.

Początki były trudne. Jak sam aktor wspomina, spał w miejskiej noclegowni, a żywił się w pewnym barze, w którym około północy można było dostać obiad za pół ceny. Był to ulubiony lokal prostytutek z tej części miasta i któregoś dnia jedna z nich zaproponowała Shatnerowi, by z nią zamieszkał. Tak też zrobił. Kilka miesięcy przemieszkał u „pracującej dziewczynki”, póki nie zaczął wreszcie zarabiać. Wkrótce potem poznał Grace Rand, w której zakochał się do szaleństwa i która wreszcie została jego żoną.

Bracia KaramazowW życiu zawodowym powodziło mu się, można by rzec, raczej średnio. Na Brodwayu grywał same ogony, w Hollywood nie było wiele lepiej. Dopiero rola Aloszy w „Braciach Karamazow” zwróciła na niego uwagę. Później był „Proces w Norymberdze”, kilka ról teatralnych, a także projekt jedyny w swoim rodzaju – „Incubus”, w sumie dość tandetny horror, wyróżniający się tym, że wszyscy aktorzy mówili na nim wyłącznie w esperanto. Pozostał do dziś dnia jedynym pełnometrażowym filmem fabularnym, zrealizowanym w tym sztucznym języku.

Jako aktor Shatner zbierał na ogół dobre recenzje. Mimo to grywał dalej raczej poślednie role w mniejszych produkcjach. Pozwalało mu to na utrzymanie rodziny, która była jego oczkiem w głowie, ale nie było oczywiście szczytem jego marzeń.

Biały KomanczJak sam wspomina, w tym okresie życia matka była z niego bardzo dumna. Gdy gdzieś wchodziła, przedstawiała się mówiąc:

– Jestem matką Williama Shatnera.

Młodego aktora krępowało to okropnie, prosił ją nawet, by zaniechała tego zwyczaju, ale nic nie zwojował. Matka kochała go bardzo, choć nie zawsze rozumiała to, co robił. Na przykład tego że chciał nauczyć się jeździć konno. Załamywała ręce i drżała ze strachu, powtarzając:

– Billy, Żydzi nie jeżdżą konno. Nie ma żydowskich kowbojów.

Wbrew tym słowom jej syn zrealizował swe marzenie i opanował tę sztukę tak dobrze, że znacznie później, podczas pracy na planie filmowym, nie musiał korzystać z pomocy kaskadera.

KirkNiedługo później Gene Roddenberry nakręcił „The Cage” jako pilot serialu, którym usiłował zainteresować wytwórnię. Film nie przypadł szefom CBS do gustu, ale sam pomysł zaciekawił ich na tyle, że pozwoli reżyserowi ponowić próbę, o ile zastosuje się do ich wytycznych. Gdy porówna się „The Cage” z resztą TOSu, od razu widać, jak bardzo konserwatywnym decydentom nie podobało się równe potraktowanie kobiet i mężczyzn i należy wyrazić podziw dla Roddenberry’ego, że mimo wszystko w swoim „Star Treku” podał widzom na tacy ważne przesłanie:

– Kobiety w niczym, ale to w niczym nie ustępują mężczyznom.

Chcąc za wszelka cenę „przepchnąć” swój serial Roddenberry zgodził się przerobić scenariusz. Jeffrey Hunter, zrażony niepowodzeniem „The Cage”, nie zgodził się na powtórzenie eksperymentu (czego później pewnie nieraz gorzko żałował). Dzięki temu szansę otrzymał William Shatner, którego Roddenberry zdążył już trochę poznać. Shatner, mający na utrzymaniu żonę i trzy córki, gotów był wziąć jakąkolwiek rolę, aby tylko coś zarobić, zgodził się więc na propozycję GR. Jak sam przyznał, był pewny, że wszystko skończy się na kilkunastu odcinkach, bo nie wierzył w to, że serial „chwyci”. Gdyby miał wtedy inną propozycję, na pewno nie wziąłby udziału w czymś, co jego zdaniem było skazane na niepowodzenia. Jednak nie miał wyboru, przyjął rolę i nic już nie miało być takie samo. Można śmiało powiedzieć, że ten William Shatner, który tak wspaniale odegrał Aloszę w „Braciach Karamazow” i mozolnie budował swoją wątłą pozycję, wtedy właśnie przestał istnieć. Narodził się za to facet uwielbiany przez miliony widzów i nienawidzony przez kolegów.

KissPonieważ nie były to czasy kręconych schematycznie tasiemców, w których jedną i tą samą postać odgrywa często kilka aktorek, nie było mowy o powrocie kapitana Pike’a. Pike był jeden, i był nim Hunter. Po to, by kapitana Enterprise mógł zagrać William Shatner, trzeba było przerobić scenariusz. Nie chodziło tylko o zmianę nazwiska. Gene Roddenberry był mądrym człowiekiem i wiedział, że dana postać w filmie czy serialu wypada tym wiarygodniej, im bardziej jej charakter pokrywa się z charakterem aktora inkarnującego tę rolę. Mając to na względzie mistrz stworzył postać kapitana Jamesa T. Kirka, pełnego temperamentu, żywiołowego kowboja, przedmiot westchnień prawie wszystkich kosmitek w okolicy. Trzeba przyznać, że ta rola pasowała do Shatnera jak rękawiczka i była dla niego spełnieniem marzeń, gdyż mógł wreszcie być obecny w prawie każdym kadrze filmu. Przy jego narcystycznym usposobieniu była to gwiazdka z nieba. A dla jego kolegów okazało się to drogą krzyżową – nie dlatego, by Shatner im dokuczał. Nawet najgorzej usposobiony do niego George Takei na pytanie, co kapitan Kirk mu zrobił, odpowiada tylko, że… było go wszędzie pełno, a inni nie mogli się wybić. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że nie jest to zarzut, jaki można by kierować do aktora, raczej trzeba by się z nim zwrócić do reżysera i scenarzystów. Warto też wziąć pod uwagę to, że w każdym serialu są postacie pierwszoplanowe i drugoplanowe. Pretensje większości obsady TOSu są podobne do postulatów drugorzędnych aktorów teatralnych, które Olga Lipińska określiła kiedyś mianem „buntu halabardników”. Można zgodzić się z tym, że akcja była głównie skupiona na „Wielkiej Trójcy”, ze szczególnym uwzględnieniem Kirka, ale jak już podkreśliłam, to była decyzja reżysera i scenarzystów, w dodatku podyktowana tym, że publiczność kochała Kirka, chciała go oglądać, a intelektualne przeżycia Sulu czy Uhury mało kogo obchodziły. „Star Trek” walczył o oglądalność, o to, by przetrwać. A oglądalność zapewniał Shatner. Bodajże z tym nie mogli się pogodzić jego koledzy. Co prawda równie ważny jak on był Nimoy, dużym zainteresowaniem cieszył się DeForest Kelley, ale oni obaj, jako osobnicy bardzo zrównoważeni i delikatni z natury, budzili sympatię kolegów. Shatner raczej nie. Był cholerykiem, egocentrykiem i miał w sobie akurat tyle taktu co nowofunlandzki psiak w M-3. Wciąż strzelał gafy i wszystkich to irytowało. Nie wynikało to z jakiejś perfidii, tylko z jego charakteru. W ogóle nie miał wyczucia sytuacji, często zachowywał się wręcz infantylnie i do tego nie wiedział, co właściwie można by mieć mu za złe. Żył w błogim przekonaniu, że jest bardzo lubiany. Można to zrozumieć, gdyż we własnym pojęciu niewiele miał sobie do zarzucenia. Nikomu złośliwie nie dokuczał, nikogo nie dręczył i nie obrażał, koleżanek nie podszczypywał… no, poza może jednym wypadkiem, gdy pocałował na siłę aktorkę, grającą androidkę. Nie sprawił jej tym zresztą przykrości, przeciwnie, po latach wspominała ten incydent jako coś bardzo miłego. I tutaj warto wspomnieć o jeszcze jednej sprawie.

Kirk i RandInna aktorka, Grace Lee Withney (kancelistka Janice Rand z oryginalnej serii), oskarżyła Williama po wielu latach – stosunkowo niedawno – o to, że spoliczkował ją na planie odcinka „The Enemy Within”, podobno dlatego, że nie mogła po kilku dublach zmusić się już do płaczu. Zatrzymajmy się przy tym na chwilę, gdyż oskarżenie jest zbyt poważne, by je zlekceważyć. Takie zachowanie byłoby czymś, co naprawdę trudno wybaczyć… gdyby oczywiście miało miejsce.

Można by wziąć opowiadanie Grace za dobrą monetę, gdyby nie kilka „ale”.

Po pierwsze, przy wszystkich swoich wadach William Shatner nigdy nie był damskim bokserem. Żadna z byłych żon i licznych przyjaciółek ani razu nie wysunęła przeciw niemu takiego oskarżenia. Również jego córki nie wspominały o tym, by kiedykolwiek podniósł na którąś z nich rękę.

Po drugie: w czasach, o których mowa, Grace była uzależniona od alkoholu i narkotyków, co spowodowało usunięcie jej z obsady serialu i sprawiło, że trafiła na ulicę jako prostytutka (na szczęście znaleźli się tacy, co wyciągnęli ją z tego). Biorąc to pod uwagę, mogła dostać po twarzy od kogokolwiek, kogo zniecierpliwiło przedłużanie dnia zdjęciowego i nie mieć pojęcia, kto to był.

Po trzecie: Grace powtórzyła niemal słowo w słowo zdarzenie, które miało miejsce na planie jednego z filmów Hitchcocka,gdy ten słynny reżyser spoliczkował swą żonę, Lauren Baccall, by sprowokować ją do płaczu. Jest to opisane w jednej z broszur, dołączanych do cyklicznie wydawanej serii DVD Alfred Hitchcock przedstawia.

I po czwarte: nikt nie potwierdził słów Grace. Biorąc pod uwagę, jak bardzo Shatner był „kochany” przez kolegów, należałoby oczekiwać, że niejeden z nich wykrzyknie z satysfakcją: „O tak, widziałem to, byłem niedaleko!” albo chociaż „Nie widziałem, ale Grace przyszła i mi opowiedziała”. Tymczasem nic takiego się nie stało. Pozwala to uważać całą historię za wymysł podstarzałej gwiazdki, która usiłuje zwrócić na siebie uwagę.

Kirk2Czym więc nasz gwiazdor naraził się kolegom? No, przede wszystkim cała akcja była skupiona na nim. Już samo to mogło doprowadzić do pasji tych, którzy walczyli o każdą minutę na ekranie. Za tą sprawą szły też wyższe zarobki. To, że Bill Shatner nie dostał ani centa w prezencie, a opłacał swe przywileje ciężką harówką i praktycznie sypiał na planie (w przyczepie, którą dzielił ze swymi ukochanymi dobermanami), to, że tak nienormowany czas pracy zniszczył do reszty jego małżeństwo, nie miało znaczenia w oczach jego kolegów. Dla nich był kimś, kto spycha ich w cień i zabiera im ich szansę. To, że żadne z nich i tak nie było wybitnym aktorem, co zresztą potwierdziło się później, oczywiście żadnemu nie przeszło nawet przez myśl. W swojej opinii byli i na zawsze zostaną gwiazdami, których sławę ten podły Shatner zwyczajnie, bezczelnie ukradł. I tu pozwólmy sobie na pewną dygresję:

Final FrontierByć może ta nieprzejednana postawa oryginalnej ekipy była jedną z przyczyn klęski „Star Trek V: The Final Frontier”. William Shatner, korzystając z uprawnień reżysera, chciał tak zaplanować akcję, by każdy z jego kolegów mógł być głównym aktorem, choć trochę. Mówiąc szczerze, nie umiał być reżyserem. Chciał dobrze, a wyszło jak wyszło. Nie może być nigdzie samych aktorów pierwszoplanowych, tak samo jak na statku nie może być samych wyższych oficerów. Klapa filmu nie była oczywiście wynikiem jedynie przemożnej chęci dogodzenia ambicjom kolegów, ale ten czynnik też dołożył swoją cegiełkę. I, co gorsza, nie odniósł żadnego skutku, bo po zakończeniu pracy nad FF ekipa jeszcze mocniej nie znosiła swego kapitana.

Kirk, McCoy i SpockJedynym prawdziwym przyjacielem Shatnera na planie „Star Treka” był Leonard Nimoy, który znał go zresztą z wcześniejszego serialu „Man from UNCLE”. Zrównoważony i niezwykle taktowny Leonard znosił wyskoki Williama, w razie większych nieporozumień karząc go w wyrafinowany sposób: potrafił nie odzywać się do niego, na przykład, przez dwa tygodnie. Przypominał wtedy starszego brata, usiłującego okiełznać rozwydrzonego beniaminka rodziny. Filmowy dr McCoy, DeForest Kelley był neutralny aż do czasu nieszczęsnej historii z psem. Jest ona o tyle osobliwa, że unaocznia pewną cechę Shatnera: otóż nie chcąc bynajmniej nikogo urazić zachowywał się on czasem jak ostatni dupek. Przypomnijmy: pewnego dnia Kelley pojawił się na planie zapłakany. William spytał:

– Co się stało?

– Mój pies nie żyje. – odparł Kelley

– Och, strasznie mi przykro – powiedział Shatner – Bardzo kocham psy. Co się stało?

– Wybiegł na podwórko i jak leciał, to uderzył głową w hydrant. – odpowiedział filmowy McCoy. Shatner zareagował śmiechem. Jak sam tłumaczy, słowa, których użył jego kolega, zabrzmiały nieoczekiwanie zabawnie i nie mógł się powstrzymać. Naprawdę nie chciał go urazić ani wyrazić lekceważenia, zawsze kochał zwierzęta, zwłaszcza psy i konie. Jednak stało się, i Kelley nigdy mu tego nie wybaczył.

PrzyjacieleBiedny Bill miał szczęście do takich wpadek. Winę za to ponosił jego popędliwy charakter, pewna bezmyślność, brak wyczucia i fakt, że za dobry żart oddałby całą rodzinę i dołożył gratis sąsiadów. Jak kiedyś się przyznał, od zawsze uwielbiał rozśmieszać ludzi. Czasem jednak źle się za to brał i co gorsza, sam nie rozumiał, czemu mają mu to za złe. Ofiarą jego psikusów najczęściej padał Leonard Nimoy, który wytrzymywał to z chińską cierpliwością. Podobnej cierpliwości wymagało od niego znoszenie humorów przyjaciela, który na przykład potrafił się wściec, gdyż kochany Leo zaprosił dziennikarza do ich garderoby bez pytania o zdanie wielkiej gwiazdy. Ta kłótnia sięgnęła podobno apogeum: przyjaciele obrzucili się bardzo nieprzyjemnymi wyrazami i w końcu musiał się w nią wtrącić sam Roddenberry. Później również zdarzały się niemiłe sytuacje, co Nimoy wytrzymywał już bez skargi, czasem jedynie zsyłając swego przyjaciela do Coventry, czyli ignorując dniami i tygodniami jego istnienie mimo przeprosin i błagania o zgodę. Robił to programowo i na zimno, próbując jakoś wychować swego kumpla, co zresztą mu się kompletnie nie udawało. Można spytać, czemu w ogóle zależało mu na przyjaźni z kimś aż tak różnym od niego i tak konfliktowym. Może po prostu było mu żal kolegi, który nie umiał zdobyć sobie przyjaźni na planie? Może zdawał sobie sprawę z jego kompleksów na tle mniejszych uzdolnień aktorskich i nieszczęsnej sprawy wczesnej łysiny, którą maskował jak umiał? Nie wiadomo. Może po prosto tak biegunowo odmienne natury się przyciągają.

okładkaNimoy miał trudności z tą przyjaźnią, ostatecznie jednak polubił Shatnera do tego stopnia, że nawet zgodził się nagrać z nim płytę, co było wielką ofiarą z jego strony, jako że sam był utalentowanym muzykiem i śpiewakiem. Tymczasem jego kumpel Bill nie umiał śpiewać w ogóle i nie nauczył się tego do tej pory, co zresztą wcale nie przeszkodziło mu w nagrywaniu kolejnych krążków.

Trzeba przyznać, że oprócz nieprawdopodobnego gwiazdorzenia na planie Shatner też pracował, i to ciężej niż ktokolwiek inny. Jego dzień pracy trwał od 12 do 14 godzin, a codziennie miał dziesięć stron tekstu do wykucia na pamięć. Z uwagi na koszty taśmy filmowej duble ograniczano do minimum, stąd czasem widać, jak kapitan Kirk męczy się ze swym tekstem, usiłując znaleźć właściwe słowa. Czasem nawet posługiwał się ściągawką, gdyż jego pamięć nie wytrzymywała takiego obciążenia. Mimo to nigdy nie uchylał się od pracy. Wiedział, że jedynie harując ponad siły może coś osiągnąć. Grał po odniesieniu poważnej kontuzji (przedwczesny wybuch na planie odcinka „Arena” poturbował go i uszkodził mu na pewien czas słuch). Pracował z grypą, z gorączką ponad 39 stopni, a nawet po wyjątkowo nieprzyjemnym wydarzeniu, gdy zwabiony światłem jupiterów szerszeń użądlił go w lewe oko. Nie robił tego oczywiście z powodu jakiegoś pracoholizmu, po prostu musiał. Szczerze mówiąc, Gene Roddenberry był wyjątkowo paskudnym pracodawcą, choć nie jest prawdą pogłoska, że nie zwolnił swego czołowego amanta nawet na pogrzeb ojca, każąc mu najpierw dokończyć pracę nad odcinkiem „Operation: Annihilate”. Shatner, będący aktorem w obsesyjny sposób obowiązkowym, sam podjął taką decyzję.

Shatner i RoddenberryPraca z Roddenberry’m wymagała okazaywania mu bezwzględnego posłuszeństwa. Tylko Leonard Nimoy wyłamywał się z tej postawy wiedząc, że może sobie na to pozwolić. Shatner nie miał tej pewności. Jedyny raz, gdy mu się w tej kwestii postawił, miał miejsce wtedy, gdy Nichelle Nichols zemdlała na planie. Shatner przerwał wtedy zdjęcia i odwiózł koleżankę do domu. Co ciekawe, zapomniał o tym wydarzeniu i przypomniała mu o tym dopiero sama Nichols, gdy pomagała mu pisać książkę „Up till now”. Shatner zawsze bardzo ją cenił i ogromnie go zabolało, jak przyznał w tej książce, gdy powiedziała mu, że w czasach TOS gardziła nim za jego egoizm i zapatrzenie w siebie. Jak już wspominałam, nie dostrzegał tego, że koledzy go nie znosili. Trochę usprawiedliwia go fakt, że nie miał czasu na dostrzeganie. Ciężko pracował, walczył z nałogiem (nieraz po zakończeniu ujęcia aż wył do tego, by zapalić), w trakcie zdjęć zmarli jego rodzice, a na dodatek miał poważne kłopoty małżeńskie. Jego żona Grace podała o rozwód, co oznaczało, że nie będzie mógł widywać uwielbianych córeczek tak często jakby chciał. Trzeba przyznać, że zachował się wobec byłej żony bardzo ładnie – w swojej książce wziął na siebie winę za rozpad ich małżeństwa, a po rozwodzie zostawił jej dom i konto bankowe, a także zobowiązał się płacić niemałe alimenty. Dla siebie zatrzymał tylko samochód z przyczepą, by mieć gdzie spać. Można powiedzieć, że wyszedł z tego rozwodu ostrzyżony na zero, i dobrze świadczy o jego charakterze to, że nie walczył z żoną o każdy grosz, jak nieraz robią ludzie dużo od niego bogatsi.

– Musiałem wziąć się do pracy – wspomina – Miałem teraz na utrzymaniu dwa domy.

Tak jakby przyczepę można było nazwać domem…. Zarobki na planie TOS też nie były takie znów świetne, ok. 600 dolarów brutto za odcinek. W tamtych latach nie były to małe pieniądze, ale też nie żadne kokosy. Nie były to czasy milionowych gaży. Nic więc dziwnego, że sięgnął po alkohol. Szczęśliwie miał tyle rozsądku, by móc dostatecznie wcześnie zorientować się, do czego to może doprowadzić i zerwać z dopiero gruntującym sie nałogiem. Jego przyjaciel Leonard nie miał tyle szczęścia. Pił wiele lat i stracił przez to żonę i dzieci. Nigdy nie pozwolił, by wpłynęło to na jego pracę, ale nie mógł przestać. Dopiero małżeństwo z drugą żoną, Susan Bay, skłoniło go do podjęcia kuracji odwykowej. Było to w 1990 roku. Ale to tylko tak na marginesie.

AlexanderW zaistniałej sytuacji decyzja o anulowaniu TOS była dla Shatnera potężnym ciosem. Niemal z dnia na dzień zleciał ze swej drabiny samouwielbienia, i to na łeb na szyję. Bardzo szybko się okazało, że choć z głodu nie umrze, to wszystkie proponowane mu teraz role są zaledwie bladym cieniem tego, czego pragnął nad życie. Projekt serii „Alexander”, w którym miał grać rolę Aleksandra Macedońskiego, został odrzucony przez wytwórnię. Drugi, „The Barbary Coast”, został przerwany po wyemitowaniu 13 odcinków – a szkoda, gdyż miał bardzo ciekawą fabułę, z której jeden z wątków zaczerpnął Stephen J. Cannell, tworząc postać Hannibala Smitha dla potrzeb „Drużyny A” . Tak więc Shatner musiał zadowolić się mało znaczącymi rolami w czym popadnie. Brał je, gdyż miał wydatki – musiał płacić alimenty, sam przywykł już do życia na pewnym poziomie, no i w jego życiu zjawiła się następna żona, Marcia. Jeśli chciał temu wszystkiemu sprostać, musiał zarabiać. Potrafił tylko jedno – grać. W przeciwieństwie do swego przyjaciela Nimoya, który zawsze miał typowo żydowską głowę do interesów, Shatner to życiowy nieudacznik, gdy szło o giełdę, inwestycje i tym podobne rzeczy. Jedyne, co naprawdę umiał, to być aktorem – niestety jego talent nie był wystarczająco błyskotliwy, by zapewnić mu role w lepszych filmach. Był skazany na kino klasy B i drobne role w serialach. Starczało to na życie, ale o sławie i gwiazdorzeniu mógł zapomnieć. Dla kogoś tak ambitnego jak Bill Shatner był to koszmar. Początkowo wierzył, że seria zostanie wznowiona, ale w miarę, jak czas upływał, tracił tę wiarę. Stracił ją nawet sam Roddenberry, który w przypływie depresji i kłopotów finansowych zgodził się odsprzedać prawa do swego produktu za jakąś śmiesznie niską kwotę. To był jego życiowy błąd, którego już nie naprawił. Co prawda kilka lat później wytwórnia próbowała pozbyć się niechodliwego towaru, żądając sumy, która dziś nas śmieszy – w przeliczeniu na dzisiejszą wartość dolara było to ok miliona – ale Roddenberry do spółki z Shatnerem i jeszcze jednym inwestorem nie zdołali zebrać tej kwoty.

na motorzeNie wiadomo, co by się ostatecznie stało z naszym Billem, może by sporządniał ze szczętem i dał się poznać jako aktor zupełnie inny, gdyby nie fani „Star Treka”. Ci nie zapomnieli o swej ukochanej serii. Wcześniej dzięki ich rozpaczliwym listom udało się utrzymać serial przez trzy sezony, a teraz zaczęli organizować pierwsze konwenty, na które oczywiście zapraszali wielbionych aktorów. To było niczym światełko w tunelu. Znów mógł się znaleźć w centrum zainteresowania, być kapitanem Kirkiem, przyciągającym wszystkie oczy i wszystkie serca. Głównie serca dziewczyn. Aktor nie ukrywa, że nie był święty i korzystał z okazji, co ostatecznie doprowadziło do rozpadu jego drugiego małżeństwa. Jednak miało to miejsce już po TMP.

TMPGdy w roku 1977 George Lucas zaprezentował światu „Gwiezdne Wojny”, szefowie Paramount Pictures pozwolili Roddenberry’emu na zrealizowanie filmu kinowego z jego ukochaną ekipą. William Shatner, jak łatwo się domyślić, mało nie oszalał ze szczęścia, choć reżyser postawił mu twardy warunek: przed rozpoczęciem zdjęć musiał schudnąć. Nie było to łatwe. Już w czasach TOS można było zauważyć, że kapitan Kirk ma skłonności do tycia, trochę genetyczne – sądząc z zachowanych zdjęć zarówno jego rodzice, jak i starsze siostry byli dość tędzy – a trochę spowodowane tym, że zawsze kochał jeść. W przerwach między realizacją kolejnych odcinków musiał uczęszczać na siłownię i liczyć kalorie, co było dla niego prawdziwą katorgą. Po anulowaniu serii nie widział już powodu, by tak się katować i w efekcie przed rozpoczęciem zdjęć do TMP musiał wziąć się za ostry trening i utrzymywać ścisłą dietę. Jak sam napisał, gotów był wtedy zabić za dobry posiłek, ale wszyscy w jego otoczeniu pilnowali, by nie zjadł ani kęsa ponad wyznaczony limit. Marcia posunęła się nawet do tego, że zamykała niesfornego męża nocą na klucz, by nie zakradał się do lodówki – scena jak z „Flinstonów”. Jak wszyscy mogliśmy zaobserwować, kuracja powiodła się świetnie. Sukces filmu spowodował, ze myślano o kolejnej serii w klimatach TOS, ale wytwórnia wycofała się z projektu na dwa tygodnie przed rozpoczęciem prac – bez podania przyczyn.

pająkiTym razem Shatner nie załamał się fiaskiem swych planów. Za rolę w TMP dostał swą pierwszą nagrodę Saturna, co pozwoliło mu na nowo uwierzyć w siebie. Nie da się zresztą ukryć, że gdy porównać Kirka z TOS i Kirka z TMP, widzi się kolosalną różnicę w sposobie gry i warsztacie zawodowym. Shatner dojrzał aktorsko i wiele się nauczył. Ponadto „Imperium pająków”, horror w którym wystąpił na planie z kilkoma tysiącami żywych tarantul, spotkał się z dobrym przyjęciem krytyki i widzów. Trzeba przyznać, że większość aktorów nie zagrałaby w niektórych scenach tego filmu za żadne pieniądze. Nie były to jeszcze czasy efektów nakładanych komputerowo – Shatner po prostu pozwolił, by na potrzeby tego obrazu obłaziły go żywe, wypasione i nad wyraz komunikatywne ptaszniki. Nie można odmówić mu odwagi ani silnych nerwów, co docenili i widzowie, i krytyka. Miał też już swą wymarzoną hodowlę rasowych koni, a korzystając z powodzenia TMP zaczął pisać – początkowo książki „Star Trek”, potem zajął się własną powieścią „Tekwar”, jedną z lepszych antyutopijnych serii sf. Znacznie później przyszedł „TJ Hooker”, serial w którego produkcję aktor zainwestował wszystkie zaoszczędzone pieniądze, i spełniło się marzenie Shatnera: zaczęto identyfikować go z inną postacią niż kapitan Kirk.

TJ HOOKERDlaczego marzenie, skoro tak bardzo kochał siebie jako Kirka? Tutaj do głosu dochodził Bill-aktor, a żaden aktor nie chce być znany jako tylko jedna z postaci, które gra. Nie odcinając się od kapitana Enterprise Shatner chciał być uważany przede wszystkim za aktora, który może zagrać kogokolwiek. TJ Hooker, bezkompromisowy policjant, bardzo mu w tym pomógł. Zjednał mu nowe rzesze fanów i przyniósł nareszcie poważne zarobki. Pomógł też jego karierze pisarskiej, tak że gdy przyszło do kręcenia „Gniewu Khana”, William Shatner mógł już nie latać jak kot z pęcherzem za chałturą, a skupić się całkowicie na filmie.

dwaj kapitanowieTrudno powiedzieć, co poczuł nasz kapitan Kirk, gdy powstał pierwszy sezon TNG – bez niego. Z jednej strony na pewno rozumiał, że jest to serial o nowej załodze i czasach znacznie późniejszych, z drugiej strony na pewno czuł się wyobcowany ze świata, który przywykł uważać za swój. Początkowo traktował Patricka Stewarta jak uzurpatora i nie chciał z nim rozmawiać. Jednak ten inteligentny i wysoce kulturalny Anglik umiał zdobyć serce kanadyjskiego choleryka i wkrótce się ze sobą zaprzyjaźnili. Być może właśnie dlatego im się to udało, że nie musieli pracować ze sobą…. a może dlatego, że Patrick bardzo chciał przełamać lody, a William nie umie długo chować urazy, nawet uzasadnionej, co dopiero nieuzasadnionej.

TekwarW dodatku znowu był sam – Marcia nie wytrzymała u jego boku. Jeszcze raz William Shatner okazał się w gruncie rzeczy porządnym facetem. Nie tylko nie winił Marcii za to, co się stało – choć mógł, bo to ona podała o rozwód – to jeszcze w swej książce napisał, że była ona wspaniałą osobą i rozstali się dość przyjaźnie – jeśli nie liczyć awantury o pewien drobiazg. Chodziło o… nasienie. Konkretnie o zamrożone nasienie rasowych ogierów, ważne w hodowli koni, w co oboje byli mocno zaangażowani. Ta sprawa dostarczyła brukowcom mnóstwo uciechy i materiału na nieprzyzwoite żarty, czym Bill wcale się nie przejął. Jego serial był popularny, książki dobrze się sprzedawały, a seria filmów kinowych nie pozwalała zapomnieć o pierwszej załodze Enterprise. Czego chcieć więcej?

ShatMożna by chcieć więcej. Na przykład, by w końcu ekipa zapomniała o starych urazach i pogodziła się ze swym kapitanem. Niestety, ani się śniło by były na to jakieś widoki. Siewcą niezgody był głównie George Takei. Trudno powiedzieć, skąd wzięła się jego zapiekła nienawiść do Shatnera, ale zdołał zarazić nią całą resztę zespołu i podsycał ją latami, nie pozwalając wygasnąć. Doszło do tego, że cokolwiek by Shatner zrobił, było źle. Jeśli zjawił się na jakiejś wspólnej uroczystości, główne zainteresowanie kierowało się na niego, więc często z pominięciem głównej postaci imprezy. Oczywiście niezadowolenia z tego było co niemiara. Jeśli się nie pojawił, zaraz były komentarze – wszyscy przyszli, a ten nie, bo uważa się za coś lepszego. W tej sytuacji trudno naprawdę powiedzieć, jak powinien postępować, by mu wreszcie wybaczono to, co zrobił i czego nie zrobił.

oponenciJak napisałam, nie wiadomo, co właściwie George zarzuca Shatnerowi. Oficjalne powody, które podaje przy byle okazji, brzmią doprawdy śmiesznie, jednak można pozwolić sobie na pewną impresję. Jak wszyscy wiemy, Takei jest homoseksualistą. Obecnie nie kryje się z tym, kiedyś jednak było inaczej. Czy Shatner dowiedział się o tym i coś mu powiedział? Jest to możliwe, gdyż jako nastolatek, gdy był statystą w teatrze, padł ofiarą molestowania ze strony pewnego podstarzałego aktora, którego nazwiska nie wymienił w pamiętnikach. Mógł mieć po tej przygodzie uraz względem gejów i, jeśli odkrył orientację kolegi, powiedzieć mu coś przykrego. Jednak to tylko nie poparte niczym domysły. Nawet jeśli są prawdziwe, nie usprawiedliwia to postępowania Takei, gdyż odkrywszy jego wstydliwą tajemnicę Shatner mógł zażądać usunięcia go z obsady i uzyskałby to bez trudu. Hollywood było wtedy bardzo zakłamane i purytańskie. To, czy rzeczywiście nieoficjalnie wszyscy wiedzieli o orientacji Takei (jak twierdzi ten ostatni we własnych pamiętnikach) czy nie, było bez znaczenia. Oficjalnie nikt nic nie wiedział i wiedzieć nie mógł!

TakeiJak było, prawdopodobnie nie dowiemy się nigdy. Wiadomo jedynie, że George Takei nienawidzi Shatnera do dziś, jednak do tego stopnia nie umie podbudować logicznie swej niechęci, że odmówił spotkania z nim twarzą w twarz w studiu telewizyjnym, gdzie mogliby przedyskutować sprawę jak ludzie cywilizowani. Cóż mógłby mu powiedzieć? Zdaje się, że nic, co usprawiedliwiłoby jego postawę i dlatego woli takiego spotkania uniknąć.

nerineZachęcony powodzeniem na planie serii „TJ Hooker” aktor próbował sił jako reżyser. Wiemy po „ST V”, że niezbyt dobrze mu to wychodziło – za trekową „piątkę” dostał nawet Złotą Malinę jako nagrodę dla Najgorszego Reżysera Roku. Nie zrażał się jednak krytyką, zbyt wiele jej w życiu zebrał. Uczył się na swych błędach i powoli stawał się coraz lepszy. Zaczęto powierzać mu nawet reżyserię niektórych odcinków w popularnych serialach. Będąc w Toronto reżyserował jeden z odcinków znanej serii „Kung Fu” i wtedy spotkał Nerine Kidd. Jak sam pisze, był olśniony jej urodą i żywiołowością. Nietrudno w to uwierzyć, jeśli weźmie się pod uwagę, że Nerine miała wtedy 25 lat, a Shatner mógł już poszczycić się wnukami. Jeśli wierzyć temu, co pisał, była nie tylko piękna, ale inteligentna i obdarzona wspaniałym poczuciem humoru. Zakochali się w sobie i wszystko byłoby jak w złotej bajce, gdyby nie pewien drobiazg. Nerine była alkoholiczką. Zakochany po uszy Bill wmawiał sobie naiwnie, że pomoże jej zerwać z nałogiem i nie brał sobie do serca ostrzeżeń najlepszego przyjaciela. Leonard Nimoy od razu na pierwszej wspólnej kolacji zorientował się, z kim ma do czynienia i nie był z tego zadowolony. Nie zdołał jednak przekonać przyjaciela, by ten nie angażował się w tak trudny związek.

razemU boku Nerine Bill miał okazję przekonać się, że alkoholizm trudniej wyleczyć niż narkomanię, gdyż pijak najczęściej nie chce przestać pić. Trzykrotnie umieszczał żonę w specjalistycznym zakładzie, ale za każdym razem wracała do nałogu. Nie pomagały rozmowy, terapie, prośby ani groźby. Wreszcie, w kwietni 1999 roku, doszło do nieszczęścia. Pewnego wieczoru po wielkiej kłótni aktor pojechał na w odwiedziny do wnuków, zostawiając w domu pijaną i rozhisteryzowaną Nerine. Wkrótce zadzwoniła do niego jedna z córek, Melanie, zaniepokojona tym, że Nerine nie odbiera komórki. Córki Shatnera znały jego problemy małżeńskie i wspierały go, ponadto lubiły drugą macochę – Bóg raczy wiedzieć czemu. Bill kilkakrotnie próbował połączyć się z żoną, a gdy mu się to nie udało, wrócił do domu najszybciej, jak mógł.

Nerine nie żyła. Utonęła po pijanemu w ich basenie, uderzywszy podczas upadku głową w metalową barierkę. Zszokowany Shatner zadzwonił na pogotowie – dyżurujący przy telefonie ratownik kazał mu wyciągnąć żonę z basenu i czekać na helikopter. Było jednak już za późno na ratunek. A w dodatku prawdziwy koszmar miał się dopiero zacząć.

shivaMedia rzuciły się na tę sprawę z żarłocznością stada młodych hien. W końcu taka gratka nie trafia się codziennie. Wszystkie szmatławce Ameryki oskarżyły aktora o morderstwo lub przynajmniej przyczynienie się do śmierci żony, wyciągnięto na światło dzienne wszystkie znane szczegóły i dodano drugie tyle zmyślonych. Zdruzgotany tym co się stało nie umiał się bronić, po raz pierwszy w życiu nie wiedział, co mówić, jak odpowiadać na pytania. Prowadzący sprawę detektyw powiedział, że w razie najmniejszego podejrzenia musi przygotować się na trudny proces, szczęśliwie jednak patolog wykluczył udział osób trzecich, a na przyjęty przez niego czas, w którym mogła nastąpić śmierć, Shatner miał żelazne alibi. Mimo to brukowce nadal spekulowały i prowadziły własne pseudośledztwo.

W tych trudnych dniach Bill mógł liczyć na wsparcie swych córek i nieocenionego Leonarda wraz z jego żoną Susan – przykro powiedzieć, ale wygląda na to, że prócz Nimoya nikt z jego dawnej ekipy nie opowiedział się po jego stronie. Obserwowali tę sprawę z daleka i milczeli. Jakkolwiek byśmy ich nie lubili, okazywanie komuś swej niechęci w takiej sytuacji trudno uznać za przejaw wysokiej kultury i wyrafinowanego człowieczeństwa. W swoich memuarach, opisując tradycyjną shiva, żydowską żałobę trwającą tydzień, Shatner wspomina ludzi, którzy przychodzili przekazać mu wyrazy współczucia. Nie wymienił nikogo z ekipy „Star Treka”, a zrobiłby to, gdyby przyszli. Być może wtedy właśnie przestał się nimi przejmować. O ile wcześniej starał się jakoś porozumieć z nimi, o tyle po śmierci Nerine zaprzestał tego rodzaju prób.

horseGdy ból nieco zelżał, Bill postanowił uczcić pamięć żony w jedyny sposób, jaki wydał mu się właściwy: kosztem kilkuset tysięcy dolarów założył fundację Nerine Friendly House. Jest to organizacja non profit, która zajmuje się wyciąganiem kobiet z uzależnienia i pomaganiem im w ułożeniu sobie życia. Mimo że zrobił coś naprawdę ważnego, nie potrafił otrząsnąć się z depresji.

Między setkami listów z wyrazami współczucia, które wtedy otrzymywał, był jeden, który go zaciekawił. Pisała do niego Elisabeth Martin, malarka, której mąż umarł na raka. Pielęgnowała go aż do śmierci. Wcześniej prowadzili razem stadninę koni i pewnie to tak bardzo przyciągnęło uwagę Billa. Pojechał do niej. Powiedziała:

– Chodź, pokażę ci, co to znaczy radzić sobie z nieszczęściem.

Zabrała go na zajęcia hippoterapii dla poważnie upośledzonych dzieci. Patrząc, jak ciężką walkę muszą stoczyć te maluchy i ich rodzice, by uzyskać choć minimalny postęp w rehabilitacji, Bill poczuł wstyd, że tak się nad sobą użala. Wtedy też wpadł na pomysł zorganizowania charytatywnej rewii konnej, z której dochód przypadłby Fundacji Pomocy Dzieciom. Obecnie organizuje tę imprezę co roku, a pomimo podeszłego wieku i wszczepionej endoprotezy stawu biodrowego sam bierze udział w pokazach (co oczywiście przekłada się na większe zyski z biletów). Swym entuzjazmem zaraził wiele znanych zawodników rodeo, którzy występują za darmo i piosenkarzy, którzy dbają o muzyczną oprawę imprezy. Jemu samemu pomogło to pozbierać się i poukładać swe życie od nowa – u boku Elizabeth.

deathA co z Kirkiem? Jak wiemy, zginął w „Star Trek: Generations”. Shatner miał duży wpływ na kształt scenariusza w tej warstwie. Udało mu się wymusić zmianę sceny śmierci kapitana – w początkowej wersji ginie zabity strzałem w plecy. Bill tego nie chciał. Pragnął, by Kirk spojrzał śmierci w oczy, skoro już ma umrzeć. Zdawał sobie sprawę z tego, że gdyby odmówił udziału w tym filmie, nie uśmiercono by jego alter ego. Czemu to zrobił? Pisze wyraźnie – nie chciał, żeby jego Kirk do reszty zdziadział i spierniczał. We wczesnej wersji scenariusza Kirk przejmował dowodzenie nad Enterprise, odsuwając Picarda, i sam prowadził go do walki – i ginął na posterunku. To było lepsze, ale nie podobało się Patrickowi Stewartowi, i stąd właśnie wziął się szalony naukowiec Soran, który miał zabić Kirka. Ale strzałem w plecy? Nie, tego Shatner by nie przebolał. Chciał, żeby to wyglądało inaczej. Kirkowi nie starczała wiązka fazerowa, by zginąć, musiał spaść na niego betonowy most! Spod czegoś choć trochę lżejszego by się wykaraskał i jeszcze sklął Picarda za wchodzenie mu w drogę. A miał zginąć, całkowicie i definitywnie. Czy było to najlepsze rozwiązanie, można dyskutować. Jednak stało się, na dobre czy na złe. Czy to był definitywny koniec Kirka? Nie całkiem. Po nakręceniu filmu Shatnera zaczął męczyć talent literacki, stworzył więc powieść, w której Kirk zostaje wskrzeszony przez… Klingonów, a konkretnie wnuczkę faceta zabitego przez Kirka w filmie „Search for Spock”. W pewnej chwili Shatner chciał nawet przeforsować to jako pomysł na film, ale szczęśliwie mu się nie udało. Czemu szczęśliwie? Cóż, spójrzmy choćby na to, jak ambiwalentnie podeszli fani do wskrzeszenia Spocka. Z Kirkiem ta sprawa by w ogóle nie wyszła, nie po wydarzeniach ze „Star Trek: Generations”. Tak więc najsłynniejszy kapitan USS Enterprise pozostał martwy jak kawał drewna, co paradoksalnie wyszło tej ikonicznej postaci na zdrowie.

BostonW roku 2000 powstał serial „Boston Legal”, w którym William Shatner zagrał rolę niekonwencjonalnego adwokata, Daniela Crane’a. Dostał za nią nagrodę Emmy i niejako przeżył renesans swej sławy. Serial stał się przebojem amerykańskiej telewizji, mimo że był dość kontrowersyjny i zawierał takie sceny jak na przykład seks z gumową lalką. Można powiedzieć, że Danny Crane stał się prawie równie rozpoznawalną postacią, co kapitan Kirk i pozwolił Shatnerowi ostatecznie udowodnić, jak bardzo rozwinął się od czasów oryginalnej serii. Nie był już przecież ani uroczym młodzieńcem, ani szalenie przystojnym panem w średnim wieku. Nie mógł już teraz bazować na urodzie i wdzięku, stał się podstarzałym, otyłym jegomościem wbitym w drogi garnitur. Jego atutem stały się wyłącznie możliwości aktorskie i na nich bazował. Zostały docenione nie tylko przez widzów, ale i przez krytykę, przynosząc mu kilka prestiżowych nagród. Nazwisko Williama Shatnera ponownie stało się głośne, choć tym razem nie miało to związku z uniwersum Roddenberry’ego.

PineW 2007 roku JJ Abrams rozpoczął pracę nad własną wersją kinowego „Star Treka”. Sprawą bardzo trudną do przełknięcia dla Shatnera był fakt, że nie pomyślano o włączeniu go w ten projekt. Z jednej strony rozumiał to, z drugiej półżartem narzekał i utyskiwał, że go pominięto. Nie przeszkodziło mu to zresztą w spotkaniu z Chrisem Pine’m, który odziedziczył po nim rolę Kirka. Potraktował młodego aktora bardzo życzliwie, uznając go za godnego siebie następcę i udzielając mu niejako swego błogosławieństwa. Dla Pine’a było to bardzo ważne. Pragnął, by „starzy” trekkerzy zaakceptowali go w tej roli, choć jednocześnie nie chciał stać się kopią Shatnera. Zagrał więc Kirka po swojemu, ale dorzucił też kilka łatwych do odczytania „shatneryzmów”, co stanowiło jego ukłon w stronę pierwszego odtwórcy i jego fanów. Bill był z tego bardzo zadowolony, choć jednocześnie, jak się wydaje, bardzo długo nie mógł zmusić się do tego, by obejrzeć film. Pytany o wrażenia zawsze udziela wykrętnej odpowiedzi. JJ Abrams nie zdołał go przekonać do prywatnego seansu, choć oferował mu wszelkie możliwe udogodnienia. Mimo okazywanej Pine’owi sympatii, mimo faktu, że w filmie wystąpił jego najlepszy przyjaciel Leonard Nimoy, Shatner długo odmawiał zaakceptowania tego, że reboot „Star Treka” powstał bez jego udziału i okazywał to w jedyny dostępny mu sposób – nie oglądając go. W końcu jednak uległ namowom Abramsa. Gdy pytano go o wrażenia, odpowiedział, że Abrams jest wspaniałym, błyskotliwym reżyserem, ale co do samego filmu, to przyznał jedynie, że „jest zabawny”. Właściwie nie powiedział o nim nic więcej, co pozwala się domyślać, że to, co zobaczył, raczej go nie zachwyciło.

Spock PrimeCzy zazdrościł Nimoyowi jego roli w nowym uniwersum? Na pewno, jednak Shatner trzeciego tysiąclecia to już zupełnie inny człowiek, znacznie mniej egocentryczny niż kiedyś. Przykre jest to, że dawni koledzy – ci, którzy są jeszcze wśród żywych – nie umieją tego zrozumieć. Bardziej po przyjacielsku zachowują się wobec niego aktorzy z innych trekowych seriali: Patrick Stewart, który chętnie występuje z nim na konwentach, czy Kate Mulgrew. Ktoś złośliwy mógłby powiedzieć, że po prostu nie musieli z nim pracować tyle, co tamci, ale, na Borga! Minęło prawie 50 lat! Czy naprawdę nie czas zakopać topór wojenny?

Leo27 lutego br spotkał Billa cios, którego nie zapomni już do śmierci. Zmarł Leonard Nimoy, od lat cierpiący na POChP, nieuleczalną chorobę płuc. Podjęte wcześniej zobowiązania sprawiły, że Shatner nie mógł pożegnać się z przyjacielem, a nawet nie uczestniczył w pogrzebie. Jak wiele lat wcześniej, po smierci ojca, tak teraz postanowił „przelożyć potrzeby wielu nad potrzeby jednego” i wziąć udział w imprezie charytatywnej Czerwonego Krzyża. Został za to mocno skrytykowany, nie zmienił jednak zdania. Dobrze wiedział, że w razie jego nieobecności sponsorzy imprezy mieliby prawo wycofać zaoferowane pieniądze, a były one potrzebne – Czerwony Krzyż to organizacja, utrzymująca sieć bezpłatnych szpitali dla ludzi zbyt ubogich, by mieć ubezpieczenie zdrowotne. Konsekwencją odpływu gotówki mogła być czyjas śmierć, a tego Bill nie chciał brać na swoje sumienie. W Los Angeles pojawił się o godzinie 11.30, podczas gdy pogrzeb Nimoya odbył się o 9.00.

dzis84-letni aktor nie myśli o emeryturze. Wciąż dostaje propozycje występów w filmach i serialach, reżyseruje filmy dokumentalne, prowadzi programy telewizyjne i uczestniczy w konwentach. Angażuje się też w ochronę środowiska. Bierze udział w niektórych akcjach Greenpeace, na przykład w słynnej akcji protestu przeciw firmie HP, używającej ołowiu w swych kartridżach. To właśnie William Shatner nagrał wiadomość dla szefów firmy, odtworzoną im później przez telefon. Nie był to dla niego początek działalności na tym polu. Zainteresował się ochroną środowiska ponad dwadzieścia lat temu. Od tej pory wspiera program ratowania ginących gatunków (między innymi waleni) i walczy o to, by ludzie zmienili swój stosunek do zwierząt. Zdobył się nawet na czyn wymagający wielkiej odwagi. Chcąc udowodnić, że orki nie są tak groźne, jak się powszechnie uważa, wskoczył do basenu z ponad dwutonowym dorosłym przedstawicielem tego gatunku. Orka, zapewne zdziwiona niespodziewaną wizytą, wykonała piękne salto nad jego głową, co uwiecznił obecny przy tym fotograf. Na taki wyczyn trzeba, kolokwialnie mówiąc, mieć jaja. Ja sama, choć bardzo kocham zwierzęta i wiem, że orki w zasadzie nigdy nie atakują ludzi, nie weszłabym do tego basenu, choćby cała organizacja Greenpeace mnie o to błagała na kolanach. To ogromne ryzyko, gdy nie jest się treserem ani opiekunem takiego zwierzęcia.

Czy to wszystko miałoby miejsce, gdyby dzieło Roddenberry’ego nigdy nie powstało? Możliwe, że tak, ale nie można zaprzeczyć, że proekologiczne przesłanie „Star Treka” musiało wywrzeć swój wpływ na człowieka może najściślej związanego z tym uniwersum i rozdmuchało w nim żar, który inaczej pewnie tylko by się tlił. William Shatner, pozbawiony nimbu kapitana Kirka, byłby najpewniej jednym z rzeszy aktorów żyjących z roli na rolę i miałby inne zmartwienia niż ochrona waleni. Błogosławmy zatem „Star Trek” i geniusz Gene’a Roddenberry’ego, który wiedział, jakich aktorów zaangażować w swój projekt.

TragediaSłaboMoże byćDobrzeSuper (2 głosów, średnia: 5,00 z 5)
Loading...

Zapisz

Brak komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *